wtorek, 2 marca 2021

Le zénith.

 


Przegapiłam linię zmiany daty i krótkie tygodnie poszarpane na końcach, porządkuję, wiążę i zabliźniam, przemywam rany i przezywam przypadki wprost przez okno, od celownika do wołacza, od narzędnika do niewielkiej, czarnej krzynki, która do porządku przykłada do skóry zadrasnęła i rośnie, wycinając obce, niepokojące kształty, wyszłam c(i)ało na własne żądanie zobaczyłam jak rosną trawy pod kuchennym blatem, jak w cieple niewiarygodnie wczesnego słońca dostrzec można wyraźniej - ostrzę.

A nuż.

środa, 27 stycznia 2021

L'aube.

 




Zima na ramiona, a wiosna spod powiek, kolejne lato, oddech, dzień wydłuża interwały umacniające tę rzekę, która wzbiera. Kolekcjonuję odpryski z piskiem ścian i z dymem pożar,uwierzysz? Jeszcze nie miałam odwagi, żeby zabrać głos, jeszcze uporczywie milczę, wyliczając na palcach u stóp stopień rozedrgania. Dogania mnie tęsknota, doigrałam się w samo po(łu)dnie, przemierzam niepokój nocą po przekątnej, coraz chłodniej, choć śnieg roztapia się na końcach (rzęs). Przez okno nie zaprzeczę, ledwie widać zapalone światło - niebieskie. Grzecznie czekam bezkontaktowo psując krew i wzrok. Mrok rozrzedza mnie od środka, obiecałam spotka(m)nie, dotrzymuję kroku, a słowo

ciałem, marniejącym nagle na cudzych oczach, pod ostrzem i w soczewce otulonej ciasno osoczem. Na własne, na dobre, nareszcie płynie, stale.

sobota, 2 stycznia 2021

Estival.



 To nie kwestia tkliwej techniki, lecz kwestia decyzji, szacowania pełnego atencji i precyzji, której bliżej do.mu niż kiedykolwiek sobie wy/śniłam. Nie sądziłam, ba, nie przypuszczałam, a teraz bez krwi i z jedną rzęsą przekrzywioną ku czerwieni drążę morze tuż obok, zaginam.rok, by móc przespacerować za róg bez mrugnięcia krokiem, który zdradza podekscytowanie. F,ale wcale nie, nic mnie już nie po/r.uszyć ciepły pła(sz)cz i jeszcze może pół rękawiczki na zamarza(m)nie, a klucze pod taflą obijają się o szkliwo wypalone w dwu.stu spacerach. Nie ma(r/sz/cz) nocy, czasem tylko wracają do mnie ciepłe słońca wysokich lotów i wyskoki w zapach świeżo wyciskanego zł(ot)a. Kto po mnie posprząta? Wąskie ulice i trwanie, srebro sączące się z nic(e)i ku zach(ł)odowi, a dziś zwłaszcza plaża, za nic nie wyblaknę na samym środku niespokojnego oceanu. Bardziej niż jaśniej, bliżej niż ktokolwiek
i długo. Albo wyblakłe, albo odlegle

pa(dłam). Biegnę.

niedziela, 13 grudnia 2020

Le déclin.

 




To już(.) Koniec prosto w rozgałęzienia wygniecione wątpliwościami, wpada jednym, a wypada drugim (wd)echem odbija się i krzyczy prosto w chrząstkę lewego ucha: pamiętaj o długich dniach czerwca - zapamięt.ale przerasta mnie t(k)a(nka) najpierw za d(ni)a, później wieczor,a mi dni w tym roku rozbiegają się na boki, roz/chodzą w palcach (znoszone - jakim prawem) buty i płaszcze,śliwie otrzymałam w prezencie, dostałam w ramach zadania, wąskiego zapasu wokół biode(g)r(adowalnych), żeby było ciepło i rozsądnie, bezpiecznie i przewidywalnie i 

nic już nie jest, tylko wciąż te same widoki, choć zmieniam kąt i pogłębiam dno, na głęboką wadę, na tęsknotę, pod górę, na ostatnim siedzeniu. Niekiedy mijam tak szybko, że nie łapię oddechu, łamię jedyny rdzeń, który pozostał, zdzieram paznokciami spod rdzy mdłe naklejki, wosk i resztki kawy. Mogłam ocalić, ale nie. Z/mowy-trawy odmarzam i mro/wieję.

wtorek, 24 listopada 2020

La crémaillère.

 





Drążę wąskie korytarze, oświetlam słono ten fragment podłogi, który piętrzy faktury, mnoży chropowatość, chrapie w kącie padania światła, kopie w z(a)łamane kostki, gotuje się na ostatnie starcie na drobnych, niewyspanych oczkach blisko mety, na najmniejszym palniku, w który wkładam ręce. Opatruję rany nawet, jeśli pora nie sprzyja. Noc, z boku na wskroś, na skróty od ściany do resztek firanek, ażurowej klamki i cie(r)ni różnokolorowych świateł. Niech tłem tego miesiąca stanie się utkany z morza zalet zalew błękitnej krwi owiniętej wokół w pół do nadgarstka, półsen najoniryczniej otulony tym co miękkie i cienkie, tym co srebrne i złotem, które przebija spod spodu. Spokojnie.

niedziela, 1 listopada 2020

Un œsophage.

 


Zapisuję nim zapomnę, czyż nie inaczej oddycha się w gwiazdy, w cienkie zagłębienie rozświetlonej podłogi, w miękki środek nocy, w żebra cudzych łóżek, w tkaniny wypłukane wielokrotnie, przedzierane w sz(wach-)mat.Ka/wałki nieba w ołowiu i żelazie, resztki słów, natlenioną krew, najczerwieńszą, tuż przy krawędzi skóry, która ciska rzęsy do góry (stawów), wprost w cichą fugę igieł i cienkiego kwadratu korytarza, który rośnie w las. Szele/ścisz, znowu nie mam apetytu na ziemi(ę) zmieloną w sam raz. Nad morzami wciąż rzeki światła przepływają w palcach, pałace z piasku kruszą się o sufit, chmury płyną, a oczy otwierają się poza czernią, poza okrzykiem, z dala od metalicznego posmaku ostatniej z nas, która spóźniła się na nocy tramwaj. Długi lot, zwinięty w kłębek strumień świadomości, nad którą nie przerzucono ani pół kładki. Hala odlotów ciągnie się i gęstnieje, ja zbieram

sił(y) łez.

poniedziałek, 5 października 2020

L' anesthésie.

 


Zbiegamy w jesień wąskim pasmem asfaltu, który przylepia się do dłoni, który łuszczy się pod włosami opalizującymi mdłym odcieniem diade-mów i nie zatrzymuj potoków, sedacja osiada cienką warstwą na wargach, przy-jaźni można odpocząć, można zadać kłam i milczeć prosto w słowa, wyprostować te resztki zmarszczek, te okruchy rozstępujące się przed nami w zagnieceniach prześcieradeł przepastnych jak oceany, długich jak noce perforowane okresami bez snów. To jest zmowa, od/nowa nawijanie na palce akceptowalnych form, aktualnych adresów, półprzezroczystych tkanin. Nic mi po tych splotach, a nic smakuje o tej porze roku wyjątkowo znajo

mość się wygodnie, uwij, zostań, właśnie dlatego, że wołają wszyscy.