sobota, 12 sierpnia 2017

Ceilidh.




Do zobaczenia została nam kosm/etyczna zmiana linii, z jasnoniebieskiej na ciemnozieloną, drobnozmieloną kawą niemiło(siernie) rozpuszczoną w odchudzonym mleku. Lekkie (z)bieg.anie schodami w dół, keep right równo-ważę wymijając(o), z lewej. Spieszę się, od początku do swoich pięciu (minut odchodzenia od) zmy/słów, ruchome (schody) sześć i pół do terminala 4 i 1, 2, 3. M(oj)a-tematyka: za pięć dwunasta, porwana przez wiatr, w dodatku, powrot(n)y; kuchennymi drzwiami, bocznym wejściem, zepsutym zamkiem, opuszczoną przestrzenią od okna do ramion.  Z głębi wpół złapanej na otwarciu walizki, ja(k)sięga wzrok w szeregu interpunkcyjnych znaków, punktualnie za/
wróciłam pod czerwoną maskę ro/zmów(,) milczenia.
Plastikowe szyby szyb ulatujące pod naporem dźwięku, dziesięciu tonów, w których tonę, kiedy mówisz do mnie, zabierasz (wy)głos, szept.aż ideo/graficz.nie, rozumiem nic. Zdrapuję resztki znaczeń z przedniej szyby, przemoczona do ostatnich nóg, zaczytana od deski rozdzielczej do tej kwatery okna, która nie przestaje mrugać. Za okna.mi/ja odłamki, drobne resztki ciszy rozkruszane w palcach, rozcierane na zmęczonej skórze szerokich foteli; (jak) na dłoni widać, co zostało z deszczu pod płaszczykiem (la.ta). Wciśnięta w kąt jesień rozprostuje kości i języki,
ro-zwiąże.

piątek, 28 lipca 2017

Das Jüngste Gericht.





Ledwie /się ro/z(a)pa(r)kowałam z warstw ochronnych, zalakowanych nielekką ręką pudeł, kartonu o/patrzonego warstwą zakurzonego styropianu, przetartej koperty pełnej powietrza, które szeleści, wnętrza plastiku który zgrzyta; już czas po sobie posprzątać. Bezszelestnie - podobno bardzo cicho otwieram oczy na noc, bez mrugnięcia dłońmi przeszukuję podłogę pod łóżkiem. Czas się zbiera(ć), na deszcz; dzieląc biurko z drugą połową stołu i materac ze snem, który przywarł do podeszew stóp. Recytuję z pamięci sznury przystanków, a u ramion mam pocięte skrzydła i zredukowane ciśnie/nie, się na usta zmierzchem sok z drzew, których nie potrafię rozpoznać po-szumie. Nie umiem wnętrzem potylicy nic, żadnej zagadki. Nieszczęśliwe wypadki dzieją się (fragmenta)mi bez tchu, bez mrugnięcia okiem. Owoce gniją na sklepowych półkach, pożółkłe płatki sztucznych róż wpadają w beż, którym przechodzę bojowy chrzest, z powikłaniami. Czasami śnią mi się dalekkie, ciepłe kraje, czasami bliskie łąki i
morze, z niczym nie koresponduję, więc czytam cudze wymiany pospieszne-osobowe, rozłożone na stole
to sierpień ale drzew tu nie ma, a sierpień 
zawsze dojrzewa 
ostatecznie.

wtorek, 11 lipca 2017

Abfal.



Długotorwałe projekty i drobne (nietakty), permanentne braki. Śliskie maski, pod którymi spływają łzy. Słona woda, najsłodsza para (but)ów(y)godna zanotowania na skrzyżowaniu kocich łbów i korkowej tablicy w biurze bez biurek, w sekretnym czterocyfrowym kodzie. Kryć się! Sprawdzam kursy walut i kursowanie pociągów, pięciu głów mi trzeba, szóstego zmysłu, od którego można odejść, by dogonić myśli. Gdybyście przyszli, zauważylibyście, że wszystko cichnie, a domy jak książki spadają z półek i pułapów sufi, tu, teraz, trzeba (się) po/zbierać. Boazeria, drobiazgi, drzazgi. Roztrzaskanymi kawałkami nie poranić (nie)obcych dłoni, dogonić brak rozkładu jazdy, planu i czasu w tym natłoku słów wypowiadanych coraz głośniej, zagłuszanych jednak przez odle.g(ł)ość i wodę, która szumi wierzchem zmierzchu. Słyszysz? Para za parą gotuje się koniec, w loco-motywach, w sznurach szkolnych mundurków, ptakach przelatujących nisko nad wieżą, z której zbiegam nieopatrznie łamiąc wszystkie palce.
U stóp lata, które mil(i)czy i odlicza/s
dn,i minu(s/t)y, sinusoidy br.akurateraz
stosownego działania.

sobota, 24 czerwca 2017

Kajnikaj.



Skończyły się żarty, zaczęło się lato, które wpuszcza w kratę okna trochę światła. Jest i cień (je/sieni), uciska najdłuższe żebra, łamie mosty i kruszy korony. Niełatwa to lekcja, przedziwna ko/relacja, test z nieistnienia, z zaciskania pięści w ściszonych zupełnie kieszeniach. Słońce zdradza m(n)i(e) (z) milczeniem, że to już czas, najwyższy, na to, by za.padły zmrokiem ostateczne decyzje. Więc idę, znów wyjmuję z rzęs resztki powietrza, niechcący trącam siatkówkę, w końcu odklejam
się od balustrady na stacji South Kensington.
Enfin. L'enfant terrible. W końcu. Ten głos, Wielogłos odbija się echem, na pociechę, na łzy sypiące się bezradnie w ławki. Takie zagadki, takie drobne przenikanie obcych tkanin i własnych tkanek w szwy podróży,

więc (po)wiedz.

niedziela, 4 czerwca 2017

Sinistra.


Rozpięta między polentą, a semoliną, rozkładam starannie akcenty; rozkładam je, jak chcą ci zza południowej granicy, obco, wymachując dzielnie plastikową kartą ze zdjęciem. Znamiona niezalaminowanej osobowości upycham szczelnie po kieszeniach, mnę arkusze A4, wszak to kusząca propozycja. Jeszcze tylko nie(eko)logicznie biblioteczna karta wstępu, przezroczyste parasole i pozostałe występki. Obecnie walczę z permanentnym brakiem, gdyby ktokolwiek pytał, co (u) mnie po.rusza wiatr liście, przekwitły magnolie i rosną azalie, aż słychać to (świa)tło. Wsłuchuję się z Nosowską w koniec świata stukający wieczorami o parapet. Nie ma mnie wcale wiele, nig.dźwięk migawki z wdziękiem ociera się o opuszki palców. Przeżuwam słowa suche jak trawa, jak spękana ziemia, jak nieurodzajna gleba w głębi sadu.
Nie pozostawiam śladu nocy na skórze, na oparciu fotela. Przecieram ze zdumienia obce, stalowoniebieskie oczy. Rozglądam się.

sobota, 13 maja 2017

Blank(i).


Tramwaje, w których  odstaję swoje w cudzych wypukłych, wypłukanych w płynie do zobaczenia płaszczyk,ach, drugi wagon strzyka mnie w kościach, w zatrzaskach, potrzasku, wrzasku, tam gdzie wieje po nog, ach (w)półotwarte okna, półprzymknięte po/wieki, przywodzi na myśl po(d)wodzie, lawiny słów, zmy/słowa biegnące wzdłuż warg, bez biletu, nielekko potykam się o postinterpunkcyjne znaki, zas(y)pane w twoich kieszeniach. Nie mam drobnych, nie mam astronomicznych sum słów. Mam kilka kluczy, szeleszcząch na dnie płaszcza nasączonego wiosną, przesiąkniętego dymem zimy. Sponad mgły widzimy tylko korony. Zębów, drzew. Śpiew ptasi zawisł na gałęzi, na uwięzi chwili. Łączę słowa w niedobrane pary. Znowu słowa, wyłowione z jezior, wokół (is)kry. It is, indeed, it exists. Angielszczyzna syczy, a polszczyzna szczególnie dziś gładka i miękka.
Przysięga(m).

czwartek, 9 marca 2017

Twice.

 Moje dni to lot/nisko, wszystko zamknięte w plastikowej, przezroczystej saszetce, która szeleści resztką kremu pod brązowe oczy, pod powieki, opuchnięte od szorstkich snów. Zostawiam życie w brudnych, szarych tackach, które trą o siebie sucho. Słucham. Boso przechodzę, od kieszeni do kieszeni, od paska zegarka do paska sukienki, do kokard we włosach i obiektywów. Jasnych. Ściemnia się, ściemnia.sz, a cień na ścianie wydłuża się i łapie mnie za rzęsy, usypując brak. Składam się z kartkowanego szybko kalendarza, kilku.brań złożonych w drobne kostki, siatki ścięgien, odrobiny mię/śni.sz znów zagęszczonym ściegiem, mlekiem śniegu w słabej kawie o smaku papieru i pośpiechu.
Hala odlotów odstukuje walizce tłumacząc zawiłości rytuału, który się nie kończy. Co piątek o wpół do piątej, w kolejce, na śliskim asfalcie, wciąż szukając rzędu numer trzynaście, szokująco szybko mija mi.nus sto pięćdziesiąt stopni, minust sześćdziesiąt minut. Zmiana czasłów. W godzinę śmieci naszych. A/men of letters.
Znów patrzę sobie w lustro wody od łez do stóp, od wskazówek zepsutego zegarka do środka dłoni, wnętrza brzucha, słucham. Egzegeza, beż i rozbieżny zez. Następnym razem rzucę okiem w lusterko. Celnie(j).