sobota, 13 maja 2017

Blank(i).


Tramwaje, w których  odstaję swoje w cudzych wypukłych, wypłukanych w płynie do zobaczenia płaszczyk,ach, drugi wagon strzyka mnie w kościach, w zatrzaskach, potrzasku, wrzasku, tam gdzie wieje po nog, ach (w)półotwarte okna, półprzymknięte po/wieki, przywodzi na myśl po(d)wodzie, lawiny słów, zmy/słowa biegnące wzdłuż warg, bez biletu, nielekko potykam się o postinterpunkcyjne znaki, zas(y)pane w twoich kieszeniach. Nie mam drobnych, nie mam astronomicznych sum słów. Mam kilka kluczy, szeleszcząch na dnie płaszcza nasączonego wiosną, przesiąkniętego dymem zimy. Sponad mgły widzimy tylko korony. Zębów, drzew. Śpiew ptasi zawisł na gałęzi, na uwięzi chwili. Łączę słowa w niedobrane pary. Znowu słowa, wyłowione z jezior, wokół (is)kry. It is, indeed, it exists. Angielszczyzna syczy, a polszczyzna szczególnie dziś gładka i miękka.
Przysięga(m).

czwartek, 9 marca 2017

Twice.

 Moje dni to lot/nisko, wszystko zamknięte w plastikowej, przezroczystej saszetce, która szeleści resztką kremu pod brązowe oczy, pod powieki, opuchnięte od szorstkich snów. Zostawiam życie w brudnych, szarych tackach, które trą o siebie sucho. Słucham. Boso przechodzę, od kieszeni do kieszeni, od paska zegarka do paska sukienki, do kokard we włosach i obiektywów. Jasnych. Ściemnia się, ściemnia.sz, a cień na ścianie wydłuża się i łapie mnie za rzęsy, usypując brak. Składam się z kartkowanego szybko kalendarza, kilku.brań złożonych w drobne kostki, siatki ścięgien, odrobiny mię/śni.sz znów zagęszczonym ściegiem, mlekiem śniegu w słabej kawie o smaku papieru i pośpiechu.
Hala odlotów odstukuje walizce tłumacząc zawiłości rytuału, który się nie kończy. Co piątek o wpół do piątej, w kolejce, na śliskim asfalcie, wciąż szukając rzędu numer trzynaście, szokująco szybko mija mi.nus sto pięćdziesiąt stopni, minust sześćdziesiąt minut. Zmiana czasłów. W godzinę śmieci naszych. A/men of letters.
Znów patrzę sobie w lustro wody od łez do stóp, od wskazówek zepsutego zegarka do środka dłoni, wnętrza brzucha, słucham. Egzegeza, beż i rozbieżny zez. Następnym razem rzucę okiem w lusterko. Celnie(j).

czwartek, 22 grudnia 2016

Mene-tekel-fares.






Niebo rozlało się gęstą, rozgrzaną ziemią, lawą spływającą wzdłuż żeber, nie wiem, który to już raz snuję senne sonety wokół zmarzniętych nadgarstków, naskakując niezgrabnie na cienie chmur, moje sny znów pachną miedz(i)ą herbaty, która, zaparzona od dawnych rozmów, płacze. Mamy płaszcze, inne niż pół dekady temu, jednak nasze słowa nadal ważą tyle samo, nadal unoszą się nad kilkoma przecznicami w samym centrum (wszechświata). A świat? Świat rozproszył się w świetle migotliwego poranka, uwielbiam wszystkie shine, glitter, gleam, glister obce wyliczanki, które adoptowałam, które przyjmuję za własne, czasami osuwam się w (oj)czysty język, prozę zgrzytającą w kierunku wskazówek, półsłówek, zegarowych (s)tarczy minut i ułamków sekund. Znów sny zawieszone na belkach stropu, supełk.interpunkcyjnych znaków torują nam drogę. Mogę zasnąć, nauczyłam się odwracać głowę w stronę nasłonecznionego stoku. Są winni(ch)ce, ciche szepty chorych tkanin rozłożonych na podłodze. Wątki, osnowy, odnowy ducha i biologiczne zega.rysujące brwiowy łuk.  Barwię tkaniny w kawie i krwi, w mleku i miodzie, przynoszącym koniec (końców) pszczół. Chylę czoła, uchylam okno, znajduję przerwę, wyrwę, która ledwo drgnie, pod paznokciem. Łokcie w cieście na pierniki.m,
znowu jestem na forum, w for/mie.

piątek, 2 grudnia 2016

.even




Bolesne, wszak opuchnięte, opuchnięte, wszak zniekształcone odbicie.Zaczynam od lusterek, uczę się tych dźwięków, które przelatują w międzyczasie. Trzaskam drzwiami, w każdej białej kresce mieszczę pierwsze rozdziały w rozmaitych przekładach, tłumaczonych od deski do oporu. Mieszam kierunki starannie, tak, aby się nie przypaliły, nie przywarły do granicy emaliowanego, które dwa razy nie będzie powtarzać, prosto w twarz, krzywą linią życia złapie za nadgarstek, bezprawnie le.wybije z ry(t)mu nie do śmiechu. Mnie. Na najbliższym skrzyżowaniu z sygnalizacją proszę zawrócić. 
Proszę, takie ciche modlitwy w ciągu pół godziny braku oddechu, ćwierci minuty zamiany w e.chodzę. Doprawiam czarną herbatę kolorowym pieprzem za przepierzeniem miękkiej ściany, która słyszy i rośnie. Biegnę po schodach, ocieram łzy z poręczy, nie (d)ręczę za naręcza (pod)ręczników chwiejnej postawy telewizyjnego programu, mydlanego smaku wstążek sceny, zabrudzonej czwartej ściany. Nic nie mamy do powiedzenia inaczej, niż przez telefon. Rozsypałam się od zera do dziewięciu, kombinacje cyfr budują w niewiadomą stronę, piąta dwadzieścia pięć, jeszcze zdążę ocalić najprawdziwsze, najcieplejsze ognie, nie zginę w ruchomej złotej klatce, która wtacza się niespiesznie na następny przystanek. Niebieskie słuchawki, nie słucham słuchawek.
Przystaję, hamulec, sprzęgło, gaśnie najmistyczniej, na wewnętrznej stronie swetra śnieg, krople wo.d(r)yfują ku ch.murom, korek tworzy się w samo południe, a za pięć dwunasta tracę z oczu, oczywiście, mias,to koniec, najbliższy. Dygotam i Gotham
z mężczyzną-psem, z kobietą, która udaje, że nie słyszy.bko, bo tuż ob(ł)ok łuk cichej nocy.

środa, 5 października 2016

Laursen.





Koperty zamieniłam na słuchawki, skrawki ławki, która, w teorii miała ułatwić przyjęcie tak ogromnych ilości kawy, czarnej jak dzień w pustym mieszkaniu i warzyw, przeważnie zielonych. Kot nas odwiedza, skrobiąc w wąskim prześwicie między drewnem, a szybą, jesieni przybywa, szkło staje się cieńsze; zwierzę częściej bywa w Brighton. Roz/sądnie. Widoki z obu stron świat(ł)a okna, mrocznego prześwitu przez ślad po kluczu, zakurzony ślad zębów. Krew (zalewa). Leje. Jest deszczowo i sennie, a egzamin okazuje się najczęściej odwiedzanym miejscem, rozświetlonym półuśmiechem zawieszonym nad tablicą jak rozkład sennej jazdy; nie wyciągnęłam żadnej nauki, ani pół lekcji z tych zatrzaśniętych na strychu a-trakcji. Żółty odcień ścian doprowadza mnie do płaczu. Tam mieszkania są ciemne, jedyną receptą na brak blasku jest zaciśnięcie zębów (jak) na dłoni; widać, choć to coraz gorsza widoczność, mgła spowija grzbiety książek, skoliozę i pozostałe skrzywienia, którym się oddałam.
Wdech.
Od deski do skutku.


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

.taquiné


Spóźnieni wchodzimy w lato, nasze zegarki
wzięliśmy ze sobą. Wciąż(ą) (jak) na dłoni, jak nad brzegiem brzmiącej (nie)znajomo rzeki, jak na krawędzi plaka-tu-jemy nie/pokoje, meblujemy szaro(ść), szczerozłote, ponad ziemią unosi się i nie z(a)nika, westchnienie, dotykanie, odwracanie ciała, tylko wtedy, gdy oczy mamy dookoła głów. Łowię sny z końca łóżka, zapieram białe plamy z map (pamięci). Ponadprzeciętnie marszczę koszule, prasuję powieki od rzęs do brwi pokładam nadzieje pozbarwione sensu. Odkurzam smutek, który się nie kończy, odgrzewam zimę tak, że już wrze(sień).
Poddane do stołu, bez obrusu, z deserem dekorowanym miz/st/ernie.(w nogach krzesła) ch nie mija ten miesiąc, długi od rzęs, smutny od księżyca, otulony bezpowrotnie garścią śnieżnych chmur i murem lasu.
Tik.
Tak ciężka praca, gdy brakuje słów.

piątek, 5 sierpnia 2016

.calmement


Kolejny tydzień za dn(i)em osadza się na rzece cienka łuna, a u nas powiewają kolorowe fla.gi ną spadające gwiazdy, wiją gniazda szczekające wartko ptaki, tuż za szybą.
Z pierwszego piętra zbiegam szybko. Następnie drugie, perła w najjaśniejszej koronie drzew. 
Śpiewam, znam na pamięć drogę do domu i sposób, w jaki należy pchnąć drzwi tuż przed przekręceniem klucza w zamku; to nie jedyny zgrzyt w zamknięciu dło.nic nie obiecuję. Trochę utknęliśmy, między odkurzaczem, a samoobsługową kasą, a bramkami bezpieczeństwa, a windą, która zna tylko jedno piętro i nieustannie porusza się w górę rzeki, rzekłabym, niebezpiecznie blisko spalonego mostu.
Niejedna data ważności już wygasła, produkt nie nada się do (spo)życia, a mnie łamie tłum(aczenie), tu mam sto powodów, by przekraczać granice i tylko jeden dowód z paskudnym zdjęciem - z krzyża
bije światło, a lędźwie bolą, trzeszczą ciężkie, jasne naczynia.
Dłonie mam całe we krwi i w kawie, pełne robotów i ich bajek, między nami spaceruje Lem i Gombrowicz, istny Kosmos, mleczne drogi, z których nie ma już ucieczki w bok.
Tęsknię za zapachami, które zostawiłam po drugiej stronie. Nie stronię od nowych, od obco brzmiących i przyjaźnie uśmiechniętych. Wraca do mnie stres, nie najdłuższą drogą; słono płacę za pracę, która nie ma nic wspólnego z wynagrodzeniem; nawet z nagrodą pocieszenia.
Smutno. Czasami w tym prześwicie między zasłoną, a zgaszonym światłem, w tym ułamku chwili przed zaśnięciem, nie mogę opanować łez, płaczę do środka, śpię z suszarką pod głową; ciężkie kryształy kruszą głos, spadają na ramiona porozcinane cienko skórą, płytko
śpię. Nastawiam alarm by go przed czasem wyłączyć.
Ta(k) cierpliwa jest.