wtorek, 17 października 2017

El crucigrama.



Ja także
pamiętam strach i (s)kurczliwość dokuczliwych ścięgien. Wśród sufitów dominują szklane, minus sto(pni), na pniu wrze opowieść o końcu lata wciśniętego w (pr)ost(r)y kąt kieszeni płaszcza. Zwłaszcza dziś łagodnie skaczę w (l)iście bezlitosne frazy(l), kurczę sylaby, (nur)k(n)uję. Powinnam bardziej legato, wyżej podnieść głowę, lekko milczeć w punkcie pauz, nie tracić oddechu. A ja biegnę, spóźnio.na pociąg, niewłaściwym torem mija peron i kilka zdań wymienionych niezdarnie pod osłoną drzewa. Śpiewam, zawieszo.na.jniższej gałęzi, wzr.okiem
o,patrz.ności, widzę koniec.

środa, 4 października 2017

^



W żarliwie znoszonym płaszczu podszytym wybrzeżem o(d)grzewam stare kości,cho zbiegam po dusznych schodach zda(rze)ń, intonuję inaczej, przeważnie szaro; milczę zwięźle, rozwlekam się w przecinkach i wokół orzeczeń, przeczę podstawowym prawom, wybucham w geście (re)kapitulacji. Dzisiaj pójdziemy w le
wo, wyjdziemy na przeciw mitochondriom, które kurczą się od chandry i bez/rad(n)ości. Nie mam zdania, mam całe akapity, które niekiedy nieopatrznie kalku(lu)ję w paragrafy. Nie potrafię prze(d)/stawić się doszczętnie na linii zmiany daty. Południk zero, godzina pierwsza czasu, który nie przynależy do żadnej ze stref.
Unoszę brew ostrym łukiem, łagodnym zakrętem układam odpowiedzi.

piątek, 22 września 2017

*




Tam, gdzie chodzi się po ścianach, z perspektywy podłogi, man/truję sufit. Najdłuższe dni chylące się w stronę nocnych drzew (o)koło południa. Ramy łóżek tworzą trójkąty, rzucają cienie wprost pod oczy. Osocze, osaczenie. (P)o(d)krążone żyły. Martwy b/rak wskazówek, nadmiar czasłów.W puste miejsca w(y)stawiłam nagie znaki - najpierw na próbę, a następnie na sprzedaż - uwięzione między szczeblami drabiny czasów, bytów i nieodbytych rozmów; tam utknęła(m.iąc  się) na/gle, na gałęzi,mn.odległość mierzy się w długościach korytarza, centymentry sześcienne spadają d(r)eszczem. Zimna noc, najgłośniejsza ze wszystkich zamkniętych w tym niebiesko-szarym pudełku, w którym jestem tylko sumą skolioz i czołowych płatów wątroby. Jestem wart(k)a tyle, ile litrów krwi zalewa mnie rwącym nurtem poranka. Poraniona, roz/anielona\, opuszczam zasłony i zamykam drz/wi.ję się wokół. Znów jestem w for
m(al)i(/g/ni)e.

czwartek, 14 września 2017

)




Jeszcze nie dom(knięcie), ale zawężenie: źrenic, tętnic, nic takiego ponad r.uch(ylone drzwi), rzędy dni, źródła światła, na krawędzi którego tunele.żę, bo (się prze)wróciłam, nie podniesie mnie, nawet o pół oktawy, żaden Kwadrat, żaden gł.ostry.m kątem odbija się od wnętrza końca jak nigdy jeszcze, nie poznaję tempa, tenebrae, brudzę dłonie, to nie budowanie ruin, to brodzenie w cegłach skłębionych u wezgłowia, lub odpowiedź drzemiąca w liściach udających lato. To tu rozwiązuje się znaki za-pytania, stawia się dezorientujące odpowiedzi w takich listach, które wpadają w skrzynki samoczynnie.
Skrzynki pełne kwiatów, tu i ówdzie zieleń, deszcz.

poniedziałek, 4 września 2017

(


Danie dnia, danie każdej nocy, stres w pięciu smakach z ryżem al dente, zimnym jak widok z kuchennego okna; trzy smaki: uciekania, trwania i powrotu, rozcierane na wewnętrznej stronie rzęs,
odliczanie do startu, do lądowania, do odpowiednio zadanego pytania. Cisza, szelest paszportu z prawej, z lewej strony stukot walizki rozsypanej w korytarzu. Powietrznie nie mieszczę się już nawet w rząd od okna, zmokłam namiastką deszczu nad miastem Braku. Teraz: Kraków; stół prosektoryjny przemieszany z półuśmiechem wydłużonej kolejki plastkowych krzeseł, niebies/kości, niebiesko i jesień. Siadamy do stołu, pusto tu i brak. Na karku mam już tylko głowę, nikt nie woła, nikt nie zbiera zabawek z podłogi. O własnych siłach, na własnych nogach, siłami natury, przypływ, prosto w księżyc.

wtorek, 22 sierpnia 2017

a-rithist.



Za-wartość rozmieniam na uwagi redakcyjne, nowe pokusy dyskusji i korespondencji zamkniętej w punktach spotkań; utykam na słowo i łkam wzdłuż długich list rozmiłowanych w przestrzeni, spękanych luster odbijających się echem od kalendarza, który wskazał dwa lata, dwie wiosny, blisko trzeciej, wpadającej już przez okna, jesieni. W sieni mamy porozrzucane płaszcze, kilka par butów, które odbijają światło, zakurzony Zamek, do którego zgubiliśmy klucz.
Więc kluczę, licząc sekretnie na szczęśliwe końce (rzęs). Pamiętam jak dzisiaj jak kuchenna framuga spokojnie i ciepło przyjęła nasze pierwsze wymiany zdań rozproszone późnym wieczorem. Pamiętam zjednoczone stany zielonej herbaty, oceaniczny przypływ obserwowany znad map. Nie/wiele zo/stało. Od szczytu do dna dzielą mnie dwa słowa, które zamieniam, skręcając kostki w niewłaściwą (s)t(r)onę.

sobota, 12 sierpnia 2017

Ceilidh.




Do zobaczenia została nam kosm/etyczna zmiana linii, z jasnoniebieskiej na ciemnozieloną, drobnozmieloną kawą niemiło(siernie) rozpuszczoną w odchudzonym mleku. Lekkie (z)bieg.anie schodami w dół, keep right równo-ważę wymijając(o), z lewej. Spieszę się, od początku do swoich pięciu (minut odchodzenia od) zmy/słów, ruchome (schody) sześć i pół do terminala 4 i 1, 2, 3. M(oj)a-tematyka: za pięć dwunasta, porwana przez wiatr, w dodatku, powrot(n)y; kuchennymi drzwiami, bocznym wejściem, zepsutym zamkiem, opuszczoną przestrzenią od okna do ramion.  Z głębi wpół złapanej na otwarciu walizki, ja(k)sięga wzrok w szeregu interpunkcyjnych znaków, punktualnie za/
wróciłam pod czerwoną maskę ro/zmów(,) milczenia.
Plastikowe szyby szyb ulatujące pod naporem dźwięku, dziesięciu tonów, w których tonę, kiedy mówisz do mnie, zabierasz (wy)głos, szept.aż ideo/graficz.nie, rozumiem nic. Zdrapuję resztki znaczeń z przedniej szyby, przemoczona do ostatnich nóg, zaczytana od deski rozdzielczej do tej kwatery okna, która nie przestaje mrugać. Za okna.mi/ja odłamki, drobne resztki ciszy rozkruszane w palcach, rozcierane na zmęczonej skórze szerokich foteli; (jak) na dłoni widać, co zostało z deszczu pod płaszczykiem (la.ta). Wciśnięta w kąt jesień rozprostuje kości i języki,
ro-zwiąże.