niedziela, 14 stycznia 2018

Los escaparates.


Nie(,) idę na skróty wzdłuż regałów w trzask migawki, bezszelestn(i)e popraw;kilka minut przed s(e(a)n(s)em wpadam w panikę, która łapie mnie za nadgarstek - nie mam (przypi)s(ł)ów, zapomniałam rękawiczek. Liczę, na palcach raz dwa, ćwiczę, do piątej będzie już po wszyst.kimkolwiek miałaby być dziś złota godzi/na próbę, najwyższą. Od/zyskałam głos. Zaginam ro.ginących książek, mam porządek tam, gdzie na początku był chaos, tam, gdzie przylegały do siebie ściany (kamie)nic. Znam zdecydowanie zbyt wiele adresów wokół,
o, zgasładnie na
dnie, na dniach, z naddatkiem.

piątek, 5 stycznia 2018

La mantequilla.



Z/nów się dziwię ostatniej cyfrze w dacie, znów uparcie poprawiam gru.dzień na styczeń, który przyszedł bezszelestnie, kładąc się długim cieniem na wspomnieniu brudnego śniegu i na jasnym piasku. Przyszedł w języku, w którym zamieniam się w słuch i w temperaturę, która rośnie. Dobrze nam tak, przecież nie może być gorzej, zaraz przepadnie, w przypływie słońca stracę twarz. Sen. Nawet obcy pokój wypełnić może morze,
które zabiera głos, który zapomina
się na zakrętach, który
zbiega ze schodów kradnąc ostatnie
sło/wo
-łam.

sobota, 23 grudnia 2017

La cuñada.


Uporczywie sprawdzam (zł/ot/ą) godzinę, już bli(zny )sko(ro świt) - kilka gwiazdek zaplątało się w przypisach, dzielą łóżka z gośćmi hotelowymi, którzy ani myślą wracać, którzy łkają we wszystkie (p)oprawki okularów, pomarańczowe szkła, okładki stęsknionych książek, wstążki, walizki, nie(ch)-dzieli nas tyle stołów, ław bezczelnie rozstawionych warstwami; biegniemy przez płotki, flądry i łososiowe ściany. Pa(t)rzę samej sobie (na) ręce, nerwowo, szukając pobłysku śladów białego złota na serdecznie zmęczonym palcu. Zaginam drewno sztućców, niegotowych na surowe sądy i termicznie (d)oprawione (śnia)danie. Śnię, mijam helikoptery i hektary bladej ziemi, błądzę, brodząc po stawy skokowe w wan.niech już (za)wróci Słońce.
Długie nitki snów, (w) których nik(t)nie
my-śl/i t/rwać.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

El hablador.


Trzynaście? Nie ma takiego numeru. Za/stał nas tak-i miesiąc, który nigdy nie mija, dni zawijają się w kruche arabeski, senne (ro)zmowy rogowacieją w rogach pokoju, rozświetlane nieczęstym przebłyskiem, (pan)jaśnieniem. Nie wiesz? Nie, wiem. Pod/róże kwitną nawet późną jesienią, nigdy nie przestaną łamać szebli i wyszczerbionych przerw między stopni(eni)ami podniebnej drabiny. Od wspinania się na wyżyny cierpliwości drętwieją stopy podbite wysoko, sklepione sino, ni(ebie)sko. Spływam gorzko wgłąb, na dno, o/sadzając się wokół (ba)lustra(dy). Schodzę do piwnicy przez balkon, pomyliłam przedziały (czasu) i podsiadłam (bogu) ducha/winnego, teraz ostentacyjnie się mylę przywłaszczając nieudomowione zwierzęta i błędy niczy(m )je.j. Brnę w śnieg, biegnę, łamię paznokcie i wypadam marnie, od włos(ł)ów.
Już nie (k)ł(k)a/m.

niedziela, 19 listopada 2017

Una niebla.


Szach -mat/błyskamień - nożyce; Papier przyjmie wszy.stko, (później (z)wróci) hucznym, ciepłym przyjęciem, wyprawionym w podróż. Ogniem traw(iona) córka. A nuż. A (kla)wiat(u)r(a)? Ile liter nastukam, nim stracę zasięg i wyczerpię zapas(nów), zasób wód, retencyjne zbiorniki słone(czne)j baterii, rozłączę (mi)ster(nie) składane r(el)acje, rozbiorę niegramatycznie całe sznury rozwiniętych zdań, mizernych luster i kruchych stajenek? Z rozsądku nie zostało nic, jakże ład.nie mówić, nie zdradzać prawdziwych przyczyn, które w ostatecznym (roz)rachunku liczą się najbardziej. Wprawdzie pamiętam półsłodką wodę wymienioną na (pół)sennik(t), ćwierćśrodki, fragmenty kwartałów, dziel-
nic, przez zero.

niedziela, 12 listopada 2017

lluvioso.


Na obrzeżach gramatycznych wyborów, bruku, wybrakowanych stukotów, wysokich głosów i ulewnie słonej ciszy cienkich deklinacji, mija Morze. Drobny rozbłysk, nisko zawie(r)szone rzeki Słońc;a może d(r)eszcz.egól.nie/pozorne ścieżki, kalejdosk(ł)op(otów) ciężkich powrotów, które d(r)ążą do domu, doprowadzają do łuny o(d) zmierzchu. Krawędź peronu znaczy rozproszenie ścięgien, gęste ściegi, wytrzymały, wyjątkowo deszczowy dziś, splot opóźnień.
Nie/mnie(j), na początku była (pół)noc, cała przenoszę się w (między)czasie, podróżuję uchylając nie bez trudu wyważone drzwi. Zimno pcha mnie w przedziwne ścieżki, które grzęzną na dnie kieszeni płaszcza, (p)o/padam atmo/sferycznie z (braku) sił, migotam przedsionkami okien, które wypadły z framug już dawno; lekko jak wyważa się (tę)czujące słowa docierające pod nowe-stare adresy. Ja?k. Kruche negocjacje nad ciężkim stołem, przysypiam w przepastnych krzesłach, gubię nieistotne znaki po drodze do.

wtorek, 31 października 2017

Dinamarca.



W (u)lotn(icz)ej telefonicznej (pe)r( s)eparacji, zawieszeniu na zgięciu taśmy izolacyjnej, oddycham wciąż nie/swojo, wijąc e(k)lekt(r)yczne gniazdo w kącie pokoju gdy odbierasz telefon w samolotowym trybie, świecąc prosto w oczy po(d)ręczną latarką; mam ciężką rękę gdy odpisuję ze środka snu, zbiegając po schodach na rozświetlony jesienią chodnik(t). Nic dwa razy, a już min/ust pięć, mnóstwo słów, które trafiają w punkt światła w parku, wśród liści i kłód położonych lekką ręką wzdłuż ławek. Z morza zabawek po/zo/staje mi jedynie drewno stołu, pod którym nie trzymamy się już za ręce, na/m/nie wolno, ławka przystanku, coraz szybciej zakręcamy w stronę ostatnich oceanów. Są wyspy, a-to-le piej przeczekać, jest występny, wysokopienny wysyp pomysłów. W drogę.