niedziela, 2 maja 2021

L'intervalle.

 


St(r)oję, dziś nie stać mnie na wiele więcej, dziś kasła(nia)m się na ostatnich no(m)g(ł)ach, w drganiach przypierających do murmuranda korpus(ł)ów i krawędzi ściany, jak grochem w szloch, jak wilgocią w (piw)nic(ę), głuchobserwuję i bezgłośnie ślepnę, lepię się do ram, palców, pleców, gniazd, z wysokiego napięcia plotę kruche o(d)krycia, (pok)ryję nosem w morzu(t), zat(ł)aczam na wo(d)zie coraz węższe kręgi, (ugrzę)złam i marznę słono, w dwóch smakach, pięciu porach dnia i siedmiu zmysłach wykreślam ósemki na ścianie, zwłaszcza te dolne, te rosnące w poprzek rzek, wgłębi stawów, warstwy paznokci i zmiennych nie do poznania kolorów tęczówek - pada(sz)? A nie poddasz mnie jeszcze do dymiących od misji instancji? Pamiętam najbliższe stacje metra, pamiętam akacje, idące w górę osłonecznionym zboczem akcje, a teraz nie ma na co patrzeć, nie ma czego zbierać, szkoda słów, zagryzam słodko najwątlejsze gałązki, rozsłonecznione podłogi, które puchną od deszczu. Bear with me, jeszcze chwilę.

czwartek, 25 marca 2021

Un soupir.

 







Duszę się bez skargi, w każdej niewygodzie można się rozgościć, z każdej nisz(cz)y wyłuskać światło w słupkach, można opaść w przeciąg(ane) bez akcentu, można skrzypieć w kostkach na świeżo wycyklinowanym parkiecie, można odświętnie ugrzęznąć w recyklingu i cykli(ni)cznie ulatywać w mrok, można, tylko dlaczego wart(k)o byłoby cokolwiek, skoro znowu, jak kulą w płot, jak grochem o ścianki żył, o tętnice, które nic a nic, idą w zaparte.r a na (s)piętrze(nie) brak, który wykiełkował z kilku szybkich kroków, dwóch par u.st(aw), korony drzew i deszczu.jesz(cze)

sny 

wtorek, 2 marca 2021

Le zénith.

 


Przegapiłam linię zmiany daty i krótkie tygodnie poszarpane na końcach, porządkuję, wiążę i zabliźniam, przemywam rany i przezywam przypadki wprost przez okno, od celownika do wołacza, od narzędnika do niewielkiej, czarnej krzynki, która do porządku przykłada do skóry zadrasnęła i rośnie, wycinając obce, niepokojące kształty, wyszłam c(i)ało na własne żądanie zobaczyłam jak rosną trawy pod kuchennym blatem, jak w cieple niewiarygodnie wczesnego słońca dostrzec można wyraźniej - ostrzę.

A nuż.

środa, 27 stycznia 2021

L'aube.

 




Zima na ramiona, a wiosna spod powiek, kolejne lato, oddech, dzień wydłuża interwały umacniające tę rzekę, która wzbiera. Kolekcjonuję odpryski z piskiem ścian i z dymem pożar,uwierzysz? Jeszcze nie miałam odwagi, żeby zabrać głos, jeszcze uporczywie milczę, wyliczając na palcach u stóp stopień rozedrgania. Dogania mnie tęsknota, doigrałam się w samo po(łu)dnie, przemierzam niepokój nocą po przekątnej, coraz chłodniej, choć śnieg roztapia się na końcach (rzęs). Przez okno nie zaprzeczę, ledwie widać zapalone światło - niebieskie. Grzecznie czekam bezkontaktowo psując krew i wzrok. Mrok rozrzedza mnie od środka, obiecałam spotka(m)nie, dotrzymuję kroku, a słowo

ciałem, marniejącym nagle na cudzych oczach, pod ostrzem i w soczewce otulonej ciasno osoczem. Na własne, na dobre, nareszcie płynie, stale.

sobota, 2 stycznia 2021

Estival.



 To nie kwestia tkliwej techniki, lecz kwestia decyzji, szacowania pełnego atencji i precyzji, której bliżej do.mu niż kiedykolwiek sobie wy/śniłam. Nie sądziłam, ba, nie przypuszczałam, a teraz bez krwi i z jedną rzęsą przekrzywioną ku czerwieni drążę morze tuż obok, zaginam.rok, by móc przespacerować za róg bez mrugnięcia krokiem, który zdradza podekscytowanie. F,ale wcale nie, nic mnie już nie po/r.uszyć ciepły pła(sz)cz i jeszcze może pół rękawiczki na zamarza(m)nie, a klucze pod taflą obijają się o szkliwo wypalone w dwu.stu spacerach. Nie ma(r/sz/cz) nocy, czasem tylko wracają do mnie ciepłe słońca wysokich lotów i wyskoki w zapach świeżo wyciskanego zł(ot)a. Kto po mnie posprząta? Wąskie ulice i trwanie, srebro sączące się z nic(e)i ku zach(ł)odowi, a dziś zwłaszcza plaża, za nic nie wyblaknę na samym środku niespokojnego oceanu. Bardziej niż jaśniej, bliżej niż ktokolwiek
i długo. Albo wyblakłe, albo odlegle

pa(dłam). Biegnę.

niedziela, 13 grudnia 2020

Le déclin.

 




To już(.) Koniec prosto w rozgałęzienia wygniecione wątpliwościami, wpada jednym, a wypada drugim (wd)echem odbija się i krzyczy prosto w chrząstkę lewego ucha: pamiętaj o długich dniach czerwca - zapamięt.ale przerasta mnie t(k)a(nka) najpierw za d(ni)a, później wieczor,a mi dni w tym roku rozbiegają się na boki, roz/chodzą w palcach (znoszone - jakim prawem) buty i płaszcze,śliwie otrzymałam w prezencie, dostałam w ramach zadania, wąskiego zapasu wokół biode(g)r(adowalnych), żeby było ciepło i rozsądnie, bezpiecznie i przewidywalnie i 

nic już nie jest, tylko wciąż te same widoki, choć zmieniam kąt i pogłębiam dno, na głęboką wadę, na tęsknotę, pod górę, na ostatnim siedzeniu. Niekiedy mijam tak szybko, że nie łapię oddechu, łamię jedyny rdzeń, który pozostał, zdzieram paznokciami spod rdzy mdłe naklejki, wosk i resztki kawy. Mogłam ocalić, ale nie. Z/mowy-trawy odmarzam i mro/wieję.

wtorek, 24 listopada 2020

La crémaillère.

 





Drążę wąskie korytarze, oświetlam słono ten fragment podłogi, który piętrzy faktury, mnoży chropowatość, chrapie w kącie padania światła, kopie w z(a)łamane kostki, gotuje się na ostatnie starcie na drobnych, niewyspanych oczkach blisko mety, na najmniejszym palniku, w który wkładam ręce. Opatruję rany nawet, jeśli pora nie sprzyja. Noc, z boku na wskroś, na skróty od ściany do resztek firanek, ażurowej klamki i cie(r)ni różnokolorowych świateł. Niech tłem tego miesiąca stanie się utkany z morza zalet zalew błękitnej krwi owiniętej wokół w pół do nadgarstka, półsen najoniryczniej otulony tym co miękkie i cienkie, tym co srebrne i złotem, które przebija spod spodu. Spokojnie.