wtorek, 9 czerwca 2020

El algodón.


Wyniki wyszukiwania, szeleszczenia, wstawania, domykania okien i rozsuwania powiek nie kończą się na pierwszej stronie. Liczę. A czy małe życie zakończyć można małą śmiercią? Raz dwa. Śmiać się i rwać i smażyć kwiaty i rozgryzać wiosnę i niebo na nadgarstkach rozcierać wieczór i poranek, szukać ran, za zakrętem i utknąć na wewnętrznej stronie dłoni, które poszarzały w odcień strachu i niemocy, które drętwieją, i westchnąć, i śpiewają nieśmiało w ostatniej ławce, zachowując dystans, zsuwając z oczu biel/mo-żna i tak, choćby krótko, wodząc wzdłuż tego co jasne i białe, jak rumianek. Zawałem skończy się ta śnieżyc(i)a, wykwit korytarzy drzew.

czwartek, 30 kwietnia 2020

L'amnistie.




Oddaję ten kwiecierń bez żalu, bez reszty osuwając się w osłupienie, że minął mimo tego, że wszystko kwitnie za zasłoną, w wątpliwym zagęszczeniu, które nakazuje wspinać się po suchych ścianach, lizać puste odpryski farby, zdzierać do kości tapety w kwiaty, które uschły, bo nie mam ręki,
nie mam jej w co włożyć, do czego przytknąć ześlizgujących się z południa chmur, oblepionych lękiem o listy, które nie dotarły, po mnie już tylko stopy w deszczu, procentowy potop susz, ogryzki i rysy na grubym szkle, które się skrzy we wnykach (p)obudzenia. Ciemne i gęste, jasne i rozwodnione, właściwie nie ma to już żadnego znaczenia, przywarłam, waruję do
zobaczenia na asfalcie, który wytycza trasę w sam raz na rozmajenie.
Nic przyjemnego.

sobota, 14 marca 2020

Le transat.




Chciałabym spędzić tak wszystkie kwarantanny świata, nad ranem leżeć na podłodze z mchu i słuchać, jak oddychasz, chciałabym wtopić się w oś czasu za kratami słońca, które tylko cię przypomina, a(ch,) tak naprawdę wypadasz przy nim znacznie jaśniej, bardziej niebiesko, jak przystało na ciało, które wtapia się w kształt map i zarys tektonicznych płytek. Ułożyłam boazerie i zdzieram ją wyczyszczonymi paznokciami dłoni, które myję z zamkniętymi ustami od łokci, kładąc łakocie między obrotnikiem, a dźwigaczem. Atlas nieba przeplata mi się z atlasem świat(ł)a, nie ułatwiasz mi zadania na ostatniej kondygnacji kosmosu. Na oczy osmotycznie kładę ostatnie płatki jesieni, ona nie niknie, cieknie mi po udzie cud temperatury, temperament mimoz słodki jak opuchlizna, która już nigdy nie (w)zejdzie. 
Zostań, czas roztarł mi się na oponie, nie zmienię jej, nie mam
prawa (w)jazd(u).

piątek, 28 lutego 2020

Repenser.



Jak t/rwać w samym wnętrzu czerni, oswoić ciemności w rozszerzeniu źrenic, w uszczelce futryny, w wąskiej rolce filmu, w czarnej rolecie, którą rozwijasz mi wzdłuż kręgosłupa. Frytura wsiąka we wszystkie tkanki, rozcieram na dłoniach większe igliwie w rytmie tej piosenki The Smiths, której nigdy nie pozwalałam ci słuchać, bo robiło mi się smutno, a potem szare płótno farbowało skórę płatkami od złotek po sreberka, od słowa do słowa, aż rozchodziliśmy się w szwach, iluminowani między niewiastami.

Woda pachnie wiosną a morze stało się Słońcem i zamieszkało między palcami, w którym obracasz oczekiwanie wsunięte między szare klatki.

Chodź.

sobota, 1 lutego 2020

Selvet.


Indygo przechodzi w błękit i z powrotem bez miesięcznego biletu i wielorazowej wejściówki. Miękkie włosie bramki zamyka/ją pół godziny przed odlotem, chodź
otworzyłam podczas startu okno. Musimy zawrócić, ty zostawiłaś kurtkę, a ja pamiętam każde podniesione lustro, kruche widoki, które uleciały. Odzieram się o absurd, ścieram skórę na kolanach i przecieram rzęsy na czerwono, bo mi wolno i boli. Za szybko zgubiłam miesiąc, dwa księżyce i szereg obiecujących perspektyw. Sygnał trwa krótko, jest czysty jak rzeka, której nie przekroczymy za wszelkie wyspy. Cena słono zgrzyta, a ja rozcieram cukier w palcach, śmierć ma wszystkie kolory, intensywne jak (świa)tło z okolic Jerozolimy. Nie uciekniemy od zimy, lodowate słowa żyją we mnie na powrót, na odwrót nie było już czasu.

wtorek, 31 grudnia 2019

L'angoisse.



Wszystkie wyspy są do siebie podobne. Tak się kończy, jak się zaczął, przeżuwam tę winę i popijam mętnym osadem z przedwczorajszego śniegu. Do biegu niegotowi, w pół drogi zatrzymani, przerwał mi w pół słowa, bo wie. Słow-nikt nie wołał, nie kazał, nawet nie drgnęła im brew. Drżę i biegnę prosto w koszmarny sen, który wybudza mnie
potem będzie płacz i zgrzytanie startych szkliw. Nie wyszło mi, jeszcze się szkoli, jeszcze się tli.
Do jutra.

piątek, 20 grudnia 2019

Le cercueil.


Światło kładzie się na dłoni, głośno włączam (się) w sopran przy zamkniętych oczach cicho
odliczam, już tylko na siebie biorę najtrudniejsze z pytań, a
słowa jak cieliste rajstopy, światła wsteczne przylepione do marznącej skóry, która schodzi płatkami śniegu do piwnicy po to samo drzewo, które zamknęliśmy tam dwie dekady temu. Do taktu tak opóźnia się (naj)szyb(sz)y z wagonów, po kolei. Pół-tora. Start drży na powiece, trochę kołuje, ale można jeszcze wytrzymać, posprzątać resztki i odwrócić wzrok. Rok wysypuje się z rąk, wyrywa garściami ostatnie dni, usycham (psycho)dy-nami(t)-cz(y)nie
innieję i zapadam się, odmieniam przez wszystkie przypadki spadki u/wagi, wymierzenia wzrostu po prostu w samo sedno serca, w (dok)ładny rozmaz krwi i wy/lew do mózgu, setki zgub, mądre głowy łamią sobie palce na brudnym blacie, nie umyję tej klawiatury, już na zawsze rozleję sobie asfalt i krew i podetnę złoto ostrym słowem, stępionym ołówkiem wpisuję w ewidencyjną listę, autorską korektę zostawiam na ostatnią chwilę, jeszcze moment za/nim.