czwartek, 3 lutego 2022

Le repentir.

 


Zawilż, ostatnie poprawki, butwiejące obuwie, rosnące temperatury, lśniące liście, duszne wnętrze chmur i dobrze znane fale, które zakłóciło wnikliwe zwiedzanie własnych ograniczeń, nie zliczę węzłów, które rozwiązywałam na spokojnym, choć wzburzonym oceanie bolesnych analiz. Nie oceniam, przepływa przeze mnie wiele kropel równocześnie, kilka draśnięć, dzięki którym wcale nie dorosnę do wysp. Wspinam się tak światłowstrętnie, że nie zostanie kamień na ramieniu, doniosę na barkach statków całkiem już rozwiniętą tajemnicę wprost na suchy ląd, dotrwam do złamanych klamek, roniąc po drodze morza okularów, a może nie ma innego wejścia niż zd(r)ob(n)ienie, może trzeba brudnym oknem, poranioną wyrwą szyb, może nad ranem gałęzie wsiąkają w trawę bo powinny, przecież opadły skrzydła, jeszcze przed mgłą, a spoiwa śniegu wytarły się już dawno.
Zabawne, wszystkie drogi mnie odprowadziły.
Lecę z bramki zamkniętej zdezorientowanym kluczem.

wtorek, 18 stycznia 2022

Cueillir.

 


Czterysta osiemdziesiąt minut wytężonej pracy serca, które z miejsca zamierazem z, wbrew i pod rzęsę, prosto w mróz obity miękkim mchem, posiniaczony kapryśną chmurą, z którą zrastam się i nie rozstaję, bilet it be, let her go traktuję letnią, bieżącą wodą, póki marznie właściwa strona księżyca, rozstępuje się drugi brzeg łóżka, rozłożone na podłodze słońce rozmięka w imiesłowy i-grające w skrzydłach powietrze, rozkruszony przeciąg, matowe szkło i rozpuszczone na wietrzną pamiątkę liście, mnę trzask i cały szereg nieistotnych onomatopeicznych cudzych słów, mijam warstw snu, spod których bardzo trudno niekiedy się podnieść, oddalić i zyskać odpowiedni dystans. Co zaanonsujesz? Co zaśpiewasz? Jak się miewa ten rzadko rozświetlany kąt pokoju pokroju osoby, która go dzieli na czworo, jak włosy, rzęsy, sznurki i nici?

Wyjechać z siebie i stanąć wcale nie obok, znaleźć się całkiem dalekko. Miało tyle okazji, a wcale nie zwiędło.

czwartek, 6 stycznia 2022

Triage.

 


Śmie(r)ć przychodzi od stóp, stapia się z 
podłożę ci pod głowę mgliste epifanie i zaśniesz, nie obudzi cię ani wyjątkowo jaskrawe światło niejasnej żarówki tuż ob(ł)ok, ani wymówki poupychane w zepsutych wnętrzach sza(r)f, w butwiejących komodach i martwiejących st(r)opach - wypadają zawsze, skrzypią w zawiasach i charczą w podłogach wieczorami, w prądach zatok, w nieżycie. Niemoc struchlała już dawno i pachnie palonym igliwiem, morze dojdzie do siebie, na fali tego, co nowe, może mnie odwiedzi nietknięta jeszcze pewność, niedoświadczona od dawna siła wiatru i woli, zlepiona z obcobrzmiących głosek w znajomych literrach i podmokłych liści,ach zielonej herbaty. Poza tym - nieustannie ten sam widok z okna, perspektywa zmian

absorbuje nadmiar badań głównych i opustoszale zrewaloryzowanych dostawek. Krwa
wiem.

piątek, 10 grudnia 2021

Les déchets.

 



Jestem tylko statywem, statystycznie niewiele się zmienia, z ramienia zsuwa mi się zatkane ucho, chorobliwie (za)słaniam się wzdłuż wygłuszonej ściany, półciennieję w podcieniach z ramienia schodzi mi naskórkowe poczucie czasu, nie mam ani pół zasługi, długi i deficytowy ekran zaśnieżyła mi wiosna wbijająca się cienką igłą prosto w tkankę miękką i kruchą, elastyczną i uparcie o(d)porną. Koniec początków, porządek alfabetyczny kłuje w ramę, z której wyszedł już dawno porządny obraz podręcznikowej nędzy i właściwie przećwiczonej rozpaczy, nie ma czasu na próbę, grupa kontrolna rozpierzchła się po ścianach i czeka na oklaski, nisko skapuje strop, prosto w kałuże, nawet nie wiem, w które buty

włożyć ręce. Załamuję

światło.

środa, 24 listopada 2021

La rechute.





Deadline za deadline'm, czyli linia życia przerywana, krzywa, czyli znów histopatologiczne histerie w trybie uśpionego śledzenia zmian, antypatyczne wnętrza dłoni i aporetyczne sytuacje graniczne, miałam rację, praca tkanek nigdy się nie kończy, prządki robią porządki z morskiej wody i kilku kilogramów kości. Dłonie krzepną w gałęzie, jak krew w piach, zaciskają się na tym co uleczone i cudze. Wyjadę daleko i nie wyjdę z tego c(i)ało, raczej rozpołowiona od wewnętrznej strony stóp, znów, robię uniki i kryguję się w pastelowych kolorach, w pełnej wad fakturze aksamitnego (roz)głosu, z moich podatków, z naddatkiem, z własnej kieszeni, która mieni się na złoto i (chło)dno. 

Bolało?

czwartek, 4 listopada 2021

La fougère.

 


Monitoruję godzina po godzinie końcówki na -ez i -os, w zależności od języka, uzgadniam rodzaje, rozdrabniam się na kruchych brzegach niewielkich wysp, liżę archipelagi. Lżej mi, kiedy niezupełnie wiadomo, według którego kalendarza odmierzamy oczy(wiście) zawsze zaciemnione okna, jasny sufit, jak w obrazku, jak ze złotej rany, z muzealnej ściany, z wnętrza galerii, w której można jedynie wymieniać słowo po słowie i mdłym uśmiechem drążyć stare zdjęcia. Stać cię na to? Ja stałam, trudno było usiąść, coraz mniej miejsca (na nogi). Zdjęłam pastelowe kolory z płaszcza i nic się nie zmieniło. (k)lecę nienagannie puste zdania, w autobusach natomiast zacieśniają korytarze wokół gałęzi. Zdarza się, że zamarznąć w długiej kolejce, usiąść i rozpuścić się, rozpustnie leżeć w szufladzie to jedno i to samo. Nad nami zawsze przelatują chmury. Duży dreszcz i mżawka. 

niedziela, 3 października 2021

Le semblant.

 


W bardzo wielu pustych i pięknie urządzonych mieszkaniach, obojętnych i aroganckich miastach, (o)środkach zbiorowej paniki w czerwieni i czerni, na granicy absurdu i ciszy, na nowym rozstawie torów i w przerwie w dostawie prądu, na drewnianej podłodze nad ostatnim piętrem zastała mnie jesień. Rozciągam się w nią, chociaż stawy mam ruchome tylko w wąskim zakresie, rzeki zbiegają się jak nieumiejętnie wyprana bielizna pościelowa, ani słowa o ciele, wszystko w różach i czerwieniach, kwiaty mielone (przez) mięso, (so)czysty miąższ, wewnętrzne ściany oddziału chor.oby nie tym razem, sześć miesięcy to wcale nie dziewięć, ni w pięć ni przyłatał, niby nic a jednak oddycham, pcham oddech w górę, wy-rok choć ścierpły mi wszystkie palce w lewej ręce, nie mam przecież prawa ani narzekać ani was zabawiać, zostałam (nie)sama na zielonym prostokącie po łokcie w ostrzeżeniach i strzegę tego kawałka sufitu, w którym jeszcze odwiedza mnie sen. Cieszę się, a nie wyglądam.

Nawet nie wiecie, jak czyste są okna: można z nich czytać, można z nich jeść.