czwartek, 3 lutego 2022
Le repentir.
wtorek, 18 stycznia 2022
Cueillir.
Czterysta osiemdziesiąt minut wytężonej pracy serca, które z miejsca zamierazem z, wbrew i pod rzęsę, prosto w mróz obity miękkim mchem, posiniaczony kapryśną chmurą, z którą zrastam się i nie rozstaję, bilet it be, let her go traktuję letnią, bieżącą wodą, póki marznie właściwa strona księżyca, rozstępuje się drugi brzeg łóżka, rozłożone na podłodze słońce rozmięka w imiesłowy i-grające w skrzydłach powietrze, rozkruszony przeciąg, matowe szkło i rozpuszczone na wietrzną pamiątkę liście, mnę trzask i cały szereg nieistotnych onomatopeicznych cudzych słów, mijam warstw snu, spod których bardzo trudno niekiedy się podnieść, oddalić i zyskać odpowiedni dystans. Co zaanonsujesz? Co zaśpiewasz? Jak się miewa ten rzadko rozświetlany kąt pokoju pokroju osoby, która go dzieli na czworo, jak włosy, rzęsy, sznurki i nici?
czwartek, 6 stycznia 2022
Triage.
Śmie(r)ć przychodzi od stóp, stapia się z
piątek, 10 grudnia 2021
Les déchets.
Jestem tylko statywem, statystycznie niewiele się zmienia, z ramienia zsuwa mi się zatkane ucho, chorobliwie (za)słaniam się wzdłuż wygłuszonej ściany, półciennieję w podcieniach z ramienia schodzi mi naskórkowe poczucie czasu, nie mam ani pół zasługi, długi i deficytowy ekran zaśnieżyła mi wiosna wbijająca się cienką igłą prosto w tkankę miękką i kruchą, elastyczną i uparcie o(d)porną. Koniec początków, porządek alfabetyczny kłuje w ramę, z której wyszedł już dawno porządny obraz podręcznikowej nędzy i właściwie przećwiczonej rozpaczy, nie ma czasu na próbę, grupa kontrolna rozpierzchła się po ścianach i czeka na oklaski, nisko skapuje strop, prosto w kałuże, nawet nie wiem, w które buty
włożyć ręce. Załamuję
światło.
środa, 24 listopada 2021
La rechute.
Deadline za deadline'm, czyli linia życia przerywana, krzywa, czyli znów histopatologiczne histerie w trybie uśpionego śledzenia zmian, antypatyczne wnętrza dłoni i aporetyczne sytuacje graniczne, miałam rację, praca tkanek nigdy się nie kończy, prządki robią porządki z morskiej wody i kilku kilogramów kości. Dłonie krzepną w gałęzie, jak krew w piach, zaciskają się na tym co uleczone i cudze. Wyjadę daleko i nie wyjdę z tego c(i)ało, raczej rozpołowiona od wewnętrznej strony stóp, znów, robię uniki i kryguję się w pastelowych kolorach, w pełnej wad fakturze aksamitnego (roz)głosu, z moich podatków, z naddatkiem, z własnej kieszeni, która mieni się na złoto i (chło)dno.
Bolało?
czwartek, 4 listopada 2021
La fougère.
Monitoruję godzina po godzinie końcówki na -ez i -os, w zależności od języka, uzgadniam rodzaje, rozdrabniam się na kruchych brzegach niewielkich wysp, liżę archipelagi. Lżej mi, kiedy niezupełnie wiadomo, według którego kalendarza odmierzamy oczy(wiście) zawsze zaciemnione okna, jasny sufit, jak w obrazku, jak ze złotej rany, z muzealnej ściany, z wnętrza galerii, w której można jedynie wymieniać słowo po słowie i mdłym uśmiechem drążyć stare zdjęcia. Stać cię na to? Ja stałam, trudno było usiąść, coraz mniej miejsca (na nogi). Zdjęłam pastelowe kolory z płaszcza i nic się nie zmieniło. (k)lecę nienagannie puste zdania, w autobusach natomiast zacieśniają korytarze wokół gałęzi. Zdarza się, że zamarznąć w długiej kolejce, usiąść i rozpuścić się, rozpustnie leżeć w szufladzie to jedno i to samo. Nad nami zawsze przelatują chmury. Duży dreszcz i mżawka.
niedziela, 3 października 2021
Le semblant.
W bardzo wielu pustych i pięknie urządzonych mieszkaniach, obojętnych i aroganckich miastach, (o)środkach zbiorowej paniki w czerwieni i czerni, na granicy absurdu i ciszy, na nowym rozstawie torów i w przerwie w dostawie prądu, na drewnianej podłodze nad ostatnim piętrem zastała mnie jesień. Rozciągam się w nią, chociaż stawy mam ruchome tylko w wąskim zakresie, rzeki zbiegają się jak nieumiejętnie wyprana bielizna pościelowa, ani słowa o ciele, wszystko w różach i czerwieniach, kwiaty mielone (przez) mięso, (so)czysty miąższ, wewnętrzne ściany oddziału chor.oby nie tym razem, sześć miesięcy to wcale nie dziewięć, ni w pięć ni przyłatał, niby nic a jednak oddycham, pcham oddech w górę, wy-rok choć ścierpły mi wszystkie palce w lewej ręce, nie mam przecież prawa ani narzekać ani was zabawiać, zostałam (nie)sama na zielonym prostokącie po łokcie w ostrzeżeniach i strzegę tego kawałka sufitu, w którym jeszcze odwiedza mnie sen. Cieszę się, a nie wyglądam.
Nawet nie wiecie, jak czyste są okna: można z nich czytać, można z nich jeść.







