niedziela, 3 października 2021

Le semblant.

 


W bardzo wielu pustych i pięknie urządzonych mieszkaniach, obojętnych i aroganckich miastach, (o)środkach zbiorowej paniki w czerwieni i czerni, na granicy absurdu i ciszy, na nowym rozstawie torów i w przerwie w dostawie prądu, na drewnianej podłodze nad ostatnim piętrem zastała mnie jesień. Rozciągam się w nią, chociaż stawy mam ruchome tylko w wąskim zakresie, rzeki zbiegają się jak nieumiejętnie wyprana bielizna pościelowa, ani słowa o ciele, wszystko w różach i czerwieniach, kwiaty mielone (przez) mięso, (so)czysty miąższ, wewnętrzne ściany oddziału chor.oby nie tym razem, sześć miesięcy to wcale nie dziewięć, ni w pięć ni przyłatał, niby nic a jednak oddycham, pcham oddech w górę, wy-rok choć ścierpły mi wszystkie palce w lewej ręce, nie mam przecież prawa ani narzekać ani was zabawiać, zostałam (nie)sama na zielonym prostokącie po łokcie w ostrzeżeniach i strzegę tego kawałka sufitu, w którym jeszcze odwiedza mnie sen. Cieszę się, a nie wyglądam.

Nawet nie wiecie, jak czyste są okna: można z nich czytać, można z nich jeść.

wtorek, 7 września 2021

Calcaire.

 


Do złudzenia podobny, do bólu bliski, do dna niezbadany, obserwowany wciąż z perspektywy podłogi i lasu, zza urwisk i wyrw konspekt wrzasków i w potrzasku ku podrzędnie złożonym teleskopowo zdaniom, konstrukcjom i konsultacjom. Nie ma 

końca, w nawiasy wrzucam wytrącone z równowagi odniesienia, puchnę od przypisów, którymi popisuję się sama popijając lepką kawą i słabym sokiem z cząstkami, które nie sposób odmienić przez przypadki. Nie rozbiłam szklanych tac, przeciwnie lepię 

koniec z końcem, łączę akapity z mdłą architekturą ochrypłej modernistycznie bladej pisarki, błądzę wzrokiem po suficie, zobaczycie jeszcze nie

skończyłam, jeszcze mnożę słowa mrożąc w słońcu sen. Jeszcze oddycham od deski do drzazgi, złapane w locie zarazki przewietrzam w przeciągu chwili. Wszyscyście się odwrócili.

środa, 11 sierpnia 2021

Fekete.

 






Dwadzieścia pięć centymetrów nad podłogą, zgięta wpół drogi nad stołem ciężkim od nóg do krótkiego odcinka szyjnego kręgosłupa, który rozsupłuje się prosto w sen u sufitu. Zwisam, a wraz ze mną listy z drzew, krwawe punktory i magnetycznie chaotyczna numeracja. Chronologia nie ma już absolutnie żadnej racji, z głodu zwija się na głos w kącie ostrym od ochrypłych zdań rzucanych w niezrozumiałym języku. Rozpoznaję alfabet, do każdej z przepalonych gorzko liter dodając jedną kondygnację znaków (dia)krytycznych. Ciemna kropka, dies irae, gniew wzbierający na progu wieczoru w sukienki i sandały, wypełniający skrzynki i pozornie bezsporne połacie krzy.ku. Aż zaiskr(z)yło, aż spala czarno resztki turkusu i purpury, aż liże ściany i muska sufit, aż pęcznieje i pochłania co żyw(iołow)e. Nie straciłam jeszcze smaku, na dobranoc zjadam chrzęst chodnika i szelesty chmur, filet z nierozbitego filcu i drżenie wokół drucianego ogrodzenia. Do powiedzenia mam mniej więcej to samo, choć potrafię szybciej, bez zająknięcia. Puszczam wolno zajączki światła spływające gęsto po ramie cudzego okna. Zmokłam, nie będę się płaszczyć, przyszłam tylko przykryć (po)wieczkami dna puszek.
Miękkich od rdzy.




poniedziałek, 19 lipca 2021

Savrulanlar.

 


Rzek(ł)i w(y)padają słowo po słowie(sz) do wody rzucanej na wiatr, piaskiem prosto w oczy,wiste załamania zatok, w alergiczne drgania rąk nienawykłych do snu.cia się po leśnych ścieżkach, po igliwiu agresywnie trącym wewnętrzne strony powiek, kierownice i zapasowe otwieracze, kapryśne kapsle, przetarte korki i zaśnieżone urwanym sygnałem podwórza. W czerwonym, migającym świetle nie powtarzasz się, każde potencjalnie znajome zdanie okazuje się cudze, chce wejść między podmiot i orzeczenie, chce przedawkować przydawki, zamieszkać w ostatnim meandrze okrzyku, chce odetchnąć, odpocząć, zniknąć, zawikłać, chce zadać pytaniami drobne szarpane rany na łapach, na łeb, na szyję grubym ściegiem, biegnę dokąd dosięgnę, grubo ociosano ogród, ogrodzenie i sad.

wtorek, 15 czerwca 2021

Le bleuet.




Nie zas(y)pałam, przy otwartych źrenicach czuwał(am cały) dzień, który zamienił się z własną wigilią konturem, który zawilgł od nieszczelnych rzęs na granicy smutku w (za)łuku, w z(a)łamaniu (świa)teł odległych zatok. A za rok? Scena krótka i kiepsko napisana, ot, śpiewam i plewię i rozpleniam się, z(a)rastam skorupą z cukru - odnalazłam klucz: pęka(m), ferment(r)uję: (nie)winnie, prędzej jak kwiaty owiewane po kolei, prosto z łąki lotnisk, oswajane z torfowiska(mi) terminali, z lasu rąk wyłamujących rachityczne plastikowe kółka walizek. Stukam obcesowo brakiem podeszw, pruję szew, szukam w cudzych kieszeniach i na nierównych chodnikach, wszak właśnie tędy przechodziłam, całkiem niedaleko pada 
pierwsze i ostatnie słowo bezszelestnie osłonecznić, rozszczepiając wszystkie kolory zbiegające ku dobrze znanemu miastu, w szarość, w takie oczy, które rodzą brak adekwatnego, tylko zachwyt, czysty

st(r)oję się w westchnienia i tapety od sufitu po buty, w końcu obudziłam się w nieostatnie piętro, wrosłam w przypływ z prędkością światła od stóp.

niedziela, 2 maja 2021

L'intervalle.

 


St(r)oję, dziś nie stać mnie na wiele więcej, dziś kasła(nia)m się na ostatnich no(m)g(ł)ach, w drganiach przypierających do murmuranda korpus(ł)ów i krawędzi ściany, jak grochem w szloch, jak wilgocią w (piw)nic(ę), głuchobserwuję i bezgłośnie ślepnę, lepię się do ram, palców, pleców, gniazd, z wysokiego napięcia plotę kruche o(d)krycia, (pok)ryję nosem w morzu(t), zat(ł)aczam na wo(d)zie coraz węższe kręgi, (ugrzę)złam i marznę słono, w dwóch smakach, pięciu porach dnia i siedmiu zmysłach wykreślam ósemki na ścianie, zwłaszcza te dolne, te rosnące w poprzek rzek, wgłębi stawów, warstwy paznokci i zmiennych nie do poznania kolorów tęczówek - pada(sz)? A nie poddasz mnie jeszcze do dymiących od misji instancji? Pamiętam najbliższe stacje metra, pamiętam akacje, idące w górę osłonecznionym zboczem akcje, a teraz nie ma na co patrzeć, nie ma czego zbierać, szkoda słów, zagryzam słodko najwątlejsze gałązki, rozsłonecznione podłogi, które puchną od deszczu. Bear with me, jeszcze chwilę.

czwartek, 25 marca 2021

Un soupir.

 







Duszę się bez skargi, w każdej niewygodzie można się rozgościć, z każdej nisz(cz)y wyłuskać światło w słupkach, można opaść w przeciąg(ane) bez akcentu, można skrzypieć w kostkach na świeżo wycyklinowanym parkiecie, można odświętnie ugrzęznąć w recyklingu i cykli(ni)cznie ulatywać w mrok, można, tylko dlaczego wart(k)o byłoby cokolwiek, skoro znowu, jak kulą w płot, jak grochem o ścianki żył, o tętnice, które nic a nic, idą w zaparte.r a na (s)piętrze(nie) brak, który wykiełkował z kilku szybkich kroków, dwóch par u.st(aw), korony drzew i deszczu.jesz(cze)

sny