niedziela, 1 listopada 2020

Un œsophage.

 


Zapisuję nim zapomnę, czyż nie inaczej oddycha się w gwiazdy, w cienkie zagłębienie rozświetlonej podłogi, w miękki środek nocy, w żebra cudzych łóżek, w tkaniny wypłukane wielokrotnie, przedzierane w sz(wach-)mat.Ka/wałki nieba w ołowiu i żelazie, resztki słów, natlenioną krew, najczerwieńszą, tuż przy krawędzi skóry, która ciska rzęsy do góry (stawów), wprost w cichą fugę igieł i cienkiego kwadratu korytarza, który rośnie w las. Szele/ścisz, znowu nie mam apetytu na ziemi(ę) zmieloną w sam raz. Nad morzami wciąż rzeki światła przepływają w palcach, pałace z piasku kruszą się o sufit, chmury płyną, a oczy otwierają się poza czernią, poza okrzykiem, z dala od metalicznego posmaku ostatniej z nas, która spóźniła się na nocy tramwaj. Długi lot, zwinięty w kłębek strumień świadomości, nad którą nie przerzucono ani pół kładki. Hala odlotów ciągnie się i gęstnieje, ja zbieram

sił(y) łez.

poniedziałek, 5 października 2020

L' anesthésie.

 


Zbiegamy w jesień wąskim pasmem asfaltu, który przylepia się do dłoni, który łuszczy się pod włosami opalizującymi mdłym odcieniem diade-mów i nie zatrzymuj potoków, sedacja osiada cienką warstwą na wargach, przy-jaźni można odpocząć, można zadać kłam i milczeć prosto w słowa, wyprostować te resztki zmarszczek, te okruchy rozstępujące się przed nami w zagnieceniach prześcieradeł przepastnych jak oceany, długich jak noce perforowane okresami bez snów. To jest zmowa, od/nowa nawijanie na palce akceptowalnych form, aktualnych adresów, półprzezroczystych tkanin. Nic mi po tych splotach, a nic smakuje o tej porze roku wyjątkowo znajo

mość się wygodnie, uwij, zostań, właśnie dlatego, że wołają wszyscy.

czwartek, 24 września 2020

Les pivoines.

 


Nie brak nam (a)trakcji, linie (ro)zbiegają się w oczach, a my, o(d)czarowane, nabieramy kształtów rozpędzone prosto w usta, w resztkach rzęs i pomimo zimna; godzina jest wczesna, a podniesiona brew o zapachu kawy przyprawia cynamonem o mdłości, z litości wystukujemy czubkiem buta rytm na bitumicznej kostce, czekoladowe chmury spływają mdłą akwarelą w przelotne deszcze, w rozwiane włosy, w głos spoza skali, nie oddalaj się, nie ocali mnie nawet zapach osadzony na zdartym szkliwie winylowych płytek. Czy będę tęsknić za (po)widokiem jasne(j) strony, czy(m) prędzej jesień, czy nasycę się złotem i zniknę? Dni przeglądają się w odblaskach słowa, bledną, spadają wprost na stopy, rozstrojenia i wielokrotnie znaczone t(r)akty. Wprost proporcjonalnie w(z)rastam i nie wracam już do skóry, zrzuconej na początku, w wąskim przejściu, w samym środku przejęcia, na lewej stronie, podszewką o podeszwę. 

Przeszłam, przełknęłam. Z tej strony wszystko jest zieleńsze.

niedziela, 13 września 2020

Les poumons.


 


Zajęłam się sobą od wątłego płomienia dogasającej świecy, zajęłam miejsce między Undertow a Riptide, unoszę się słono, a między naszymi morzami są oceany. Smakujesz jak woda, jest mi niedobrze gdy myślę, że to minie. Słodko mi w kącikach oczu, na wargach mam brokat i słowa, które wracają, a jednak kropię wszystkie kąty najprościej, najcieplej, szukam luster, błogosławionych, bo nie widziały. Dasz wiarę? Dasz rękę? Weźmiesz? Krzyżowy ogień łez wlanych do zielonej herbaty, nie, wielkie wrażenia nie mają żadnych znaczeń, znaków szczególnych szukam na dn(i)ach szuflad, na odwrocie nocy, która przedziela co dziesiąty dzień już

połowa, już piąta.

środa, 26 sierpnia 2020

Un frelon.

 


Jakby ktoś otworzył okno,cą zdjął ze ściany sweter ram, pozwolił wreszcie zamknąć oczy, wpuścił powietrze między rzęsy, tak, że ulewa się światło, rozbłyskami chwytają(c) za serce. W lot wszystko jest niebieskie. Każdy skrawek framugi upomina się o słońce, teraz: w kw(i)aterach ok(n)a tańczy(sz), a ja blednę - czego piękniejszego nauczy nas kwitnienie? Nie mrugaj, szkoda rzęsom czasu na sen, szkoda słów w z(awi)łych językach. Pozostały nam zawikłane oceany ponakładane najdelikatniej na twa,rzeki; płyną samym środkiem żył, wysyp estakad na zimnych ścianach, które wezbrały, falami, nieproszone. Pół melodii odbitej od klawiatury, jeszcze chmury, zaróżowione od bezsenności, cierpkie, niedotlenione, choć letnie. Nieprzeciętnie rozciągnęłam się na cyferblacie w akcie półrozpaczy, nie wystarczy, że patrzysz. Trzeba słuchać, nawet jeśli 

-nie wystygnie nam to spiętrzenie, choćby zimne(m) dmuchać na

zapas.

sobota, 15 sierpnia 2020

La guêpe.

 


Jak zachłysnąć się łąką i krztusić pościel ku uciesze poranionych stóp. Jak upaść w kruchy błysk, w asanach szarość nie zalśni srebrną plamą rozlaną między żebrami, a w snach: złoto w każdym okruszku kieliszka, każdy skrawek filiżanki mieni się w przestrzeni między palcami a horyzontem. Kątem oka widzę, jak zbliża się estakada, jak faluje od upału, duszna i pachnąca turkusem końcówek lata. Uzus zmienia się, fluktuuje i wypada poza granice słyszalności, infradźwięki otulają mnie falami. Nie miniemy, otuli nas morze i zatrzyma aż do końca słońc.

Nad wieczorem unosi się blada wydma chmur, łuna z za dużych rzęs, obszerne konstelacje, które oddychają głębiej, niż ja kiedykolwiek

mogłabym.


https://open.spotify.com/show/3K7u8byo9O3kf3QvaeM1Ea

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

La poêle.





Jednak przywieram do krawędzi, trzeba mnie obrócić, zalać wrzątkiem, porządnie doprowadzić do domu pod naporem czerwonych świateł. Gdzieniegdzie kwitnie jeszcze sam środek, lato złapane w palce jedną ręką, (d)ostrzegam ogrody, łamię ciszę metalowym prętem na zakręcie. Prędko, odkręcam i wcale nie chcę wracać. Otworzyły mnie te wieczory, na swój sposób upodobniły do chmur trącanych przez pierwsze powrotne samoloty. I gwi(a)zd(y). Czasem jeszcze tęsknota, ale częściej błąd przeszeptywany sobie między kondygnacjami. Nogi potknięte o półkolonie, płaczę w zmianę Wisły i rozstawu torów. Śnieg i dalekkie tramwaje. 
Co to za miesiąc i dlaczego tak szybko?