piątek, 8 listopada 2019

Le couvent.


Czas rośnie, niesubordynowany pęcznieje, a potem zatacza się po wąskich schodach w dół, w stronę kamie.nic-z.-t/ego dna, od którego nie sposób się odbić. Złuszczam się bezwolnie i wierzę, że to nie jest przypadek. Leżę i nie mam zamiaru ruszyć nawet palcem na ławce na peronie dworca, który dobrze znam, który się nieustannie osuwa, który się opóźnia, który opróżnia pasażerów i różnicuje wrażenia w tych wszystkich anonimowych lokalach, do których trzeba się najpierw dodzwonić, oszacować wiek po głosie, zaanonsować, odstać swoje wzdłuż kamienicy udając, że na nic się nie czeka. Wszystk.opłakałam, ale sama nie wiem jak to się stało, że ta wierna rzeka odwróciła prądy.m Skąd się wzięły nowe, jesienne porządki, które przyprawiają ostro o ból głowy i wrzody pulsujące od środka nocy do połowy dnia. Nieurodzaj, wracaj, nie ulęknę się już nawet krzywej przysięgi, sięgnę dalej niż niebo bezgwiezdne w kącie ostatniej szuflady. Zdradza mnie mgła, tonę w ciszy, a wilcze bilety prowadzą mnie prosto do zajezdni. Jesteśmy zajęci, a pętla?
Zaciska się na nadgarstku, który widział niejedno.
Uczeszesz? Ukołyszesz?

Nie trzeba już nic nosić, ani niczego nieść. 46.

piątek, 18 października 2019

Serein.




67.
Jeden-jeden. Jak we śnie. Następny przystanek będzie ostatnim, tak długo iść, aż się przejdzie z miasta do miasta, aż się minie wszystkie międzylądowania, pospieszne przesiadki, osobowe przedziały pełne wrzącej animozji, niewygodne walizki, miejsce z nogi na nogę przestępujące w stronę okna, w stronę przejścia, rytuału przeciskania się i bagażu, który krąży pod skrzydłami jak tętnice odbijające się od chmur. Zamknij, zapnij, zapomnij. Murem za bramką, nie obronię żadnego strzału, nie mam tarczy ani ochraniaczy, a temperatura, która gwałtownie spada, tnie mnie po-tylicy, lewy skrzydłowy, prawy sierpowy, resztki sierpnia wypluwane spomiędzy kłów. Tyle mi zostało, odpadło jedno z czterech kółek nieodwzajemnionej aberracji, narratywistycznie, a vista, żegnam się i wpadam prosto w Tokio, w regał z Ikei i kilka drobnych monet, za które mi zapła
cisz/czesz się gładko, kakofonia wybrzmiewa w czterech pomarańczowych ścianach (wy)raźniej, aż oślepiają granice i kąty, omiecione kilkoma ostrymi stopniami.
Jesteś jak zło-to, które rozlało się na dłoni. M(n)ie/nisz(cz).

poniedziałek, 30 września 2019

Brio.





9.
To prawie jedenaście, to mało i właśnie, jak się okazuje, bardzo dużo, jakby ktoś otworzył okno i zrobił przeciąg, którego boją się wszystkie firanki, zwierzęta domowe i dzieci. Czas gniecie mnie w podeszwę lewej stopy, krew już nawet nie leci, zatamowałam ją, zmatowiłam i wcieram w tę gorzej rozmasowaną dłoń, tę o marsowej minie, o marcowej pogodzie. Cofam się (c)o krok i głodna wybiegam do przodu w szafir przemieszany z oksytocyną, trzeba chwycić ten st(r)op w pół trwania, odsunąć się od krawędzi
peronem biec po pasie na wschód, zapleść anemiczne wątki, zapleśnieć od wewnątrz nad mdłym ciastem i winem, które nas zaskoczyło. Smakujesz kwaśno, jak kawa, którą dopija się po całym dniu, jak niczyje mleko w służbowej lodówce, jak owoce opakowane w plastik na styku jesieni, jak pierwszy stopień do fermentacji i miliony innych atrakcji, a trakcje trwają, przerywam je skrobiąc metalowym sztućcem o szybę. Osz ty. O-szukasz paznokcie, a potem łokcie, a potem ra-mi-
ona?

piątek, 13 września 2019

Längtan.


26.
No proszę, a jednak, wejdź. Jakby ktoś otworzył okno, wpuścił powietrze, zrobił prze/ciągły wdech-wydech, iskra, woda na młyn, zaświecone światło w pokoju, w którym nigdy nie odsłania się zasłon. Reflektory samochodu, d(r)eszcz, pamiętam wszystko i niczego już nie zapomnę.Wróciłam z bardzo długiej podróży do domu, który zdążył zmienić adres, język i melodię, w której zadaje się pytani?a minione drobne noszę do dziś w nadziei na denominację, skręcam w lewo między wolnym żebrem a (jej wyso)kością udową, nie udało mi się wybrnąć z natłoku czarnej kawy bohatersko, wypluwam fus(s)y w brudną chusteczkę i psuję krew, fermentuję mleko, zamieniam się w bakterie, prątki i pałeczki, śnię i sieję pleśń, która smakuje mdło i słodko, jak spotkanie, po którym już tylko potop po to, żeby
zgasło światło.

środa, 21 sierpnia 2019

L'aurore.



Coraz mniej dnia tej nocy, a Księżyc wywabił z domów kobiety, kazał im iść przed siebie na spotkanie z(a późno) pustymi rękami, zatłoczoną kładką przerzuconą nad sztucznym zbiornikiem gwiazd i gwizdów, miejscowych i przyjezdnych, fragmentów jezdni i braku asfaltu. Eszewerie jeszcze nigdy nie kwitły tak zachłannie. Pierwszy raz rozhuśtałam żebra i przesypałam przez nie drobne, wyjęte z kieszeni, której zapominam za każdym razem, gdy przekręcam klucz w źrenicy. Bolało, a teraz tylko marznie. Nie znam nic, rozpoznaję tylko bardzo silne kłucie w nadgarstku, który woła, że już czas, i kontury nieba rozstrzelonego między szerokościami. Wyrwałam wskazówki i skruszyłam chmury, uświadamiam dłoni, że nie powinna korcić ani kusić.  Jestem bardzo silną kolokacją, korelacją nawracających ran, rozcieram krew między cudzymi palcami aż mi skrzepnie, aż wyschnie, jak wszystkie okoliczne rzeki. Jak długi i dalekki będzie pozostały do jesieni most, w dotyku jak len, jak listopad.a

sobota, 27 lipca 2019

La baie vitrée.




Przechodzę z ciała w szkło, cała na niebiesko w taflę nieoszlifowanego drewna, cal za calem drętwieję od powiek, tracę czucie po lewej stronie chodnika, nic mnie nie ocali. W domowym (Buk)areszcie, między Bogiem a prawdą, wreszcie sama w fałsz, fałdę załamania światła i rąk, którymi podnoszę ciało w-alk(r)owerem, otwieram pięść, wysypują się z niej rośliny doniczkowe, do niczego nikomu niepotrzebne pilee, kilka spinaczy biurowych i przetrzebione mrowienie od rowerowego hamulca, po kierownicę, nie widzę nic. Tylko sen w kącie pokoju rozprostowuje rzęsy, które później wypadają mi z kieszeni na skrzyżowaniach znanych na pamięć, na nich łatwiej pomylić hamulec ze sprzęgłem. Dławię się zachodzącą za Zabłocie rzeką, potłukłam się o marmur pocztowego stołu, kuleję i o(d)powiadam urwanymi zdaniami na pytania, które jeszcze nie (u)padły.

wtorek, 9 lipca 2019

La canicule.




Jestem niekomp/letn(i)a, chociaż nieustannie gotowa do skoku w bliż, w którą powtykano klimatyzowane blizny, od głowy psuję się z wdziękiem, to z ust spływa mi sierpień, wypuszczam korzenie dymu, puszczam z nim długie wianki, białe wstążki i gipiurę oblepioną brokatem, który opalizuje do tego stopnia, że trudno patrzeć mu w oczy. Jeszcze m/nie zaskoczysz, oczyścisz i ściszysz, nie wiem, czy powrót na latającym w próżni pła(sz)czu, czy regres, czy półprogresy, w każdym razie soczewki zataczają elipsy na suficie. Sami widzicie, nic się nie zmieniło, gromadzę to, czego mi mało i miło mija mi brak, ot, lekko złapałam się za słowo, teraz kaszlę, prawie się ksztuszę, całkiem tu duszno, fair enough, grunt to otworzyć okno jak partyturę, teraz
twoja kolej.