piątek, 18 grudnia 2015

La mule.



Home is where your slippers are. Mimo tego pragnienia, które goni mnie wpław południków, które turla mnie po równoleżnikach, które rani równikiem szero-ko.ści; ani
pół pantofla nie znalazłam w Krakowie; jednak wracam. Między kanałem La Manche przerzucono mosty, suto rozsnuto światło. Tłem snu pozostanie zasunięta szkłem framuga okna, mdła o(d)prawa mglistych historii, rejestru stu snów niskich lotów. Tutaj chmury ulatują światłu, tutaj lata zamieniają się w odległość, ot
Uległość i pozostałe bestialskie bestsellery, wietrzne wydarzenia utrzymujące na powierzchni warstwy powietrza. Stratygrafia, stratyfikacja. Opisz i zawalcz, nazwij i poznaj, wznieś ponad dachy horyzont, brzeg.

Odliczam, liczę się ze smakiem rozgryzanych wolno spiętrzeń dni.
Do dna. Od-nowa.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

La mélisse.


Trzy-mam się jeszcze, czekam jak rzeka rozlana wokół nadgarstków, nadgranicznej strefy podwyższonego ciśnienia, ryzy-kłuję -wciąż mam pozostałości kręgłów, parzę morze herba.tymi dłońmi, które uczą się opowiadać, które z(j)adają pytania, które zdrapują lakier z czarnej ściany -żeby chociaż odrobinę zabielić te kruche celebracje, przeniesione pierzeje i odzwierciedlone ogrodzenia w narodzenia, neurotyczne Święta, które zapamiętam od trzasku opłatka. Milczenie łka, łatwo wt(ł)oczyć w oszklone szyby dale(k)kie dworce, powietrzne przestrzenie, długie korytarze, którymi zmagasz się z czasem. Dokładnie rysuję kontu.rysuję szkło, koło mnie, rozsypane na prześcieradle, dopadło mnie zajadle,
od tęskn,ot.
3.

środa, 2 grudnia 2015

La candidose.



Osie.m, a wciąż proszę o (m)nie(j). Tylko lekko, tylko ostrożnie drążę, dążę do rozkładu wyjątkowo zmiennej jazdy, pacyfistycznych batalionów, krzywd i drwin. W ustach rosną spółgłoski. Krzyczę, przecież
nie mogłabym dłużej znosić tych d;nieomal bliżej niż blisko. Śpiewam i łamię głos(kot), niskostropy, gradobijający się do komór.ek parapet, praprawda, arcydługie trwanie stra/ty/fik(a)cji, akcji, akacji, drobnych blizn, bruzd, rozłamów, załamywania nieprzyzwoicie zmarzniętych dłoni, którymi nie jestem w stanie utrzymać piór -skapują atramentem w samo sedno odkurzanych pocztówek, nieprzetartych blatów i powiek, wytartych fraz; takich powiedzeń-wytrychów, wyrachowanych zdań, fałszywych przyjaciół t(ł)u.macza, tu-rys-ty.
cz(y) nie

Przyleć. Przylgnę. Gnam.

8.

środa, 25 listopada 2015

Une bévue.



Właśnie piętnaście. Właśnie przeszła(,) niedokonana(.) Niedomknięta definicja domu chwieje się i-skrzy w stronę obcych ognisk, w stronę dłoni, których nie zdążę dotknąć, chwycić, zasłonić, w stronę nieprawdopodobnie niebieskich źrenic, w jasną stronę zmęczenia i ciemną stronę nocy. Nie stornię od dni, niewiarygodnie krótkich, nieprzyzwoicie chłodnych. Przyzywam z biletowych arkuszy najbardziej kruche z powietrznych okruszków poduszek, kołder kłód, wdzięcznych łódek, długo płynących w ślad za nadgarstkami.
Czasami tęsknię i wtapiam się zwątpieniem w róg ukochanych, znanych na pamięć ulic. Jeszcze nie zginęła(m), jeszcze żyje(my).

15.

wtorek, 17 listopada 2015

Le moineau.


Dwadzieścia trzy.
Zbliża się, porządkuję najciemniejsze kąty, już nie zdążę posprzątać, więc jedy-nie-ogarniam wzrokiem, tracę zasięg ramion. On wróci, zawsze wraca i kładzie się
cie(r)niem. Odwrotnie do kierunku (ws)kazań, w związku z tym ześlizguję się z łóżka wprost w przepaście zakrzywionej podłogi. Nogi mam zmęczone, nienaturalnie w.ręcz/nie wyłącz(m)nie.rozłącz
nie
opornik.t/o były dni, zaiste, istotne.

23

poniedziałek, 9 listopada 2015

Le malin.





Trzydzieści jeden. Dokładnie pamiętam tę przestrzeń w samym środku troski, kamiennego chłodu, kamienicznej ciszy. Słysz. Słyszysz? Morze nigdy jeszcze nie było tak niecierpliwe; dziwię się samej (o)sobie, trzeciej, mnogiej, rozproszonej między wieloziarnistą plażą, a wielko-dusznym sercem zamkniętym w rogu pokoju. Rozstrojenie, zdejmowanie kolejnych zatrzasków, kruchy wrzask w kącie ucha na granicy oddechu. Nie spieszy mi się, ucieka ostatni przystanek. Przynajmniej ja(dę), nigdy jeszcze nie było tak blisko bli.znamion, zarazków i trosk.

31.

środa, 4 listopada 2015

Le prunellier.






Trzydzieści sześć. W pięści zaciskam ostatnie zygzaki żył, urwane zdania tęt.nic mi do tego, stamtąd uciekam od dawna. Dwanaście i pozostałe części trylo.gi(i/n)ną , prostuję palce na posadzce od strony wschodniej.
Łagodnieję. Fale fruną ku górze, cieplejszej niż szalik cały w śniegu, do połowy roz-pruty. Buty i kilka absolutnie niezbędnych drobiazgów, rozbieganych spojrzeń prosto w dziurawe kieszenie. Jest brak, jest zaciskanie warg i zdania, które błądzą. Urażona duma jaśnieje lekką ręką, bez lęku, dźwięku (i) pobudek, najniższych. Jednak przyszły te temperatury, które inkrustują lodowate dłonie.

To nie koniec. Ciągle szukam momentu. Decydującego.

36.