sobota, 12 stycznia 2019

L'armistice.


Jeśli zawie(r)szenie broni, to na najwyższej gałęzi tak, żeby żad.namiastka drabiny nie pokrzyżowała zeszłorocznych pla.nów. Noworoczny śnieg obchodzi mnie szerokim łukiem brwi. Z podniesioną przyłbicą dyżuru-je.sz? Przeprowadza.ją(;) konsultacje, konstatując chłód. Ażurowe okna, ziemia, ta ziemia, korytarze przykryte warstwą asfaltu i boazerii, która otwiera się i wchłania śnieg. I nic z tego, że o(d)pada, drżysz, że kostnieją palce. Nie krzycz. To wcale ważne, to w walce traci resztki znaczeń. Wcieram w życie za-miary, wciąż mdleją(c); wcielam się w resztki podmiejskiej łąki. M(ij)am granice aglomeracji, cz(ysz)czę nieużytki.

czwartek, 20 grudnia 2018

Taquiner.


Rany (skaczą) po (wykarczowanych) drzewach, rozorana ziemia (śpiewa) kiedy jeszcze ciemno w kieszeniach, zimniej nad ranem w tym (bardziej) roztłoczonym tramwaju, który istnieje poza układem jazdy. Nie ma zajezdni, są przyjezdni przekraczający normy i niski strop frustracji. Z roku na rok jaśniej, choć mniej świec. Święcisz? Dwie minuty satysfakcji pierwszych zwrotek mijają znacznie szybciej, niż senne oczekiwanie na nowinę. Dobrą.
Złe pączkuje w przedpokoju, zostawia mokre ślady budnego śniegu, bezlitośnie zmieszanego z błotem. Kwiaty schną, zbiegam z obydwu pięter na tyle szybko, żeby się nie (wz)ruszyć, żeby się nie cofnąć. Nie ma powro
tu.

wtorek, 20 listopada 2018

L'orologio.


Odwiedziłam dwie stolice i nic
nie zmienia się, choć nastały nowe porządki. Rano mam czas i patrzę, jak nie budzi mnie światło.
Nie (jej) płacz (go zbudził.) już bezszelestnie mijają trawione kwaśnym sokiem dobre miny do złej gry; zawsze przegrywam, a potem w zaciszu własnego swetra zacieram ręce na ciasto, które wylewa się z kąpielą. Się brudzi;sz.kło i łamiesz oprawki, zza zamydlonych rzęs widzę nic. Wieje. Nie wyjdzie(sz) z tego rozbiegania, rozpięcia na cztery języki, wspinania na wyżyny. Pada(m). Prognozy są ostatnio wyjątkowo krótkie, jak sygnały w nieznanym dialekcie. Zrogowaciałam nagłym s(k)okiem - zwłaszcza rano - ocieram się o histerię i zaszklone mam wszystkie odpowiedzi. Pytania o tej porze brzmią sztucznie i pusto, już nie otwieram okna.

niedziela, 7 października 2018

Le tiret.


Jesień. Zima. Wytrzymasz? Ja zapominam, że zach(ł)ód przyjął mnie czule. Wtopiłam się w zimne ściany, w resztkę słońca, które kładzie się na (ch)murze. Za oknem mija mnie kolejna pora dn(i)a, a my gramy, ciepło-zimno w granatowych swetrach i w zielone herba-ty(?). Tak, czasem mam ochotę powiedzieć "sprawdzam", ale wtedy przypominam sobie milczenie, rozłożone na dłoni tak, że do dziś dźwięczy w czterech suchych ścianach. Brakuje mi akwamaryny ciemnej sypialni i zapachu morza, brakuje koloru, z jakim na obco brzmiącym języku rozcierał się wieczór. Za oknem jesienniały liście. Nie przyszliście, nie szkodzi - wszystkim trudno było się (ze)brać, wziąć za zęby i siebie naw/zajem to napięcie dojrzałym owocem rozgryzanym w prawej nawie. Nawet rzęsy migrują na wschód.

czwartek, 6 września 2018

Pas mal.


Stres przesącza się przez żyły, t(ł)oczy (w) sądne dni, przesądza - bez przesady - okrutnie. Tutaj nie ma późnego lata, upał ześlizguje się w depresje kałuż, nie pomaga parasol ani głęboka wnęka w kamienicy, nie ma nic, tylko krople deszczu ciążą na udach, spadają z dachu, nie uda się dobiec. Nic w nas nie trafiło, tylko na siebie trafiliśmy bez skargi, bez przygotowania, przytulając się do brudnych drzwi wejściowych. Szukaj wyjścia, gdy woda gotuje się i topi (jak) wosk, wysokim głosem zbiegam z piątego piętra, po francusku mija popołudnie, wieczór, a poranek ma gorzki zapach braku snu. Rozgryzam felietony i zagryzam wargi. Dziś dzwoni w innym kościele.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Mallorquina.



Ostrygi, rogi ulic. Ostre słońce zostawia długie cienie, kładzie cienkie ślady (palców) na wewnętrznej warstwie snu. Nawet w środku nocy zakleszczam się i duszę na ramieniu od uszu po palce stóp, tonę w notatkach, brodzę w liściach, które przypominają jesień. Przed(nie)pokoje, (a)isle seat. Tu stop mnie półszlachetnie, tutaj nie ma odpowiedzi na pytania - szaro(ść). Myślę o zaułkach, ukłuciach, łukach brwi i łokciach, którymi można odmierzyć resztki tego, co zostało ze (spa)cerowania. Stopy zamieniają się w kilometry, konwersja jednostek dokonuje się a vista. Stopnie.j. Wszystko sch(lud)nie, na chodnikach zalewa nas całe morze wrażeń. Drżysz? Jeszcze słowa, jeszcze spijamy soki z wysp, kruche przecz.nic(e) do złudzenia przypominają mi (u)dar, który dostałam przez nie
-ostrożność.

środa, 18 lipca 2018

Abditory.



Budzi mnie ucisk w nadgarstu, nie daje spać świadomość, że cała jesteś (z) nocy. Cierp(n/i)ę, jak źle przechowywane letnie owoce, jak gnijące bez skargi fragmenty lasu pod naporem deszczowej wody. Skończyło się wszystko, i zaczęło znów, i rośnie. Nie pamiętam już pytań, które chcialam za/dać - tylko opowieści grzęzną w kałużach pod oknami, na powrót pełnymi blasku. Wrzask? Uczucie nagłej, pełnej miłości niespodzianki ustępuje później (roz)czarowaniu, poszukiwaniu dalekiego horyzon/tu. I nic. Nadal jestem wewnątrz, usuwam pestki barwiąc miąższem puchnące ciało. Na tyłach domu, na sufi.cie.nie.